Gotta catch'em all czyli sześć kropek w sesji >> piątek, 13 czerwca 2008 01:27:42
Sześć powodów, dla których bardzo nie lubię sesji:
Po pierwsze, muszę czytać te ksiązki, których znajomość jest ode mnie wymaga, a nie, którymi chciałabym się zająć.
Po drugie, zawsze wraz z początkiem sesji jak na złość pojawia się mnóstwo innych możliwości ciekawego spędzenia czasu zamiast siedzieć na dupie i ryć.
Po trzecie, każda kolejna sesja doprowadza mnie do bankructwa w związku z wydatkami na czekoladę i orzeszki (ale może to i dobrze, skoro nie mam książek do czytania).
Po czwarte, jest to jedna z bardziej upierdliwych rzeczy, jakie znam. Bardziej upierdliwy jest tylko mój kot.
Po piąte, pochłania mnóstwo czasu, energii i spokoju, a wiadomo, że z życia w stresie nigdy jeszcze nikt zadowolony nie był.
Po szóste wreszcie, zawsze najgorsze egzaminy wypadają w najgorsze upały. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje.

Ostatnim „rzutem na taśmę” przeczytałam sobie jedną z dwóch książek, polecanych mi przez Zophiel (pomysł na fick nadal żyje swoim życiem)- mam tutaj na myśli „Idoru” Williama Gibsona. Wrażenia mam raczej mieszane, b z jednej strony jest sprawnie napisana, z pomysłem i fabułą, które wyłaniają się z pozornie niezwiązanych ze sobą i chaotycznych wydarzeń (skojarzenie z punktem węzłowym, o których pisze autor, było niemal automatyczne), z drugiej wydawała mi się mało wyrazista i mało „futurystyczna” Ale „Idoru” w moim odczuciu rożni się od innych książek czymś jeszcze- jeśli jakaś powieść „wraca” do mnie jeszcze kilka tygodni po tym, jak ją przeczytałam, mogę spokojnie powiedzieć, że było w niej coś niezwykłego. I taka właśnie jest ta powieść Gibsona.
Z bardziej prozaicznych powodów: jest to ciekawa pozycja dla każdego, kto jest albo był kiedykolwiek fangirlem, ze świeżym, bezstronnym spojrzeniem z zewnątrz. Szczególnie podobały mi się dwa fragmenty, niezwykle celne jak na kogoś, kto nigdy nie był nastoletnią fanką: „Dryf. Tłumy dawnych dziewczyn, różne stopnie zażyłości, zdjęcia Reza lub Lo z jakimiś kobietami w publicznych miejscach, każde opatrzone komentarzem wyjaśniającym znaczenie tego faktu dla nadawcy. Laney zauważył, iż jest to szczególny aspekt danych, perspektywa, z jakiej ogląda obu muzyków. Ludzkich pod każdym względem, ale nie całkiem. Wszystkie informacje były skrupulatne, fanatycznie dokładne, lecz zawsze skupione wokół pustej formy osobistości (…). Stwierdził, że liczba danych, zebranych przez wielbicieli, znacznie przekracza sumę informacji, jakie kiedykolwiek wygenerował zespół. A przecież tworzona przez nich sztuka- muzyka i filmy- stanowiły tylko nikłą ich część”. Nierzeczywistość i nierealność tego świata, magia złudzenia- ma w sobie coś szalenie frapującego… I czasem tak cholernie żałuję, że już jej nie ulegam.

komentarze [1]






avatar





G-book

Past
2006
listopad (5)
grudzień (9)

2007
styczeń (6)
luty (4)
marzec (6)
kwiecień (4)
maj (3)
czerwiec (3)
lipiec (3)
sierpien (3)
wrzesień (5)
październik (6)
listopad (3)
grudzień (4)

2008
styczeń (2)
luty (3)
marzec (2)
kwiecień (3)
maj (3)
czerwiec (1)
lipiec (1)
sierpien (1)
październik (1)

2009
maj (1)

Faved


Clubs


Guests: