Czekolada i endorfinki czyli wiśniowe kropki w ciastku >> sobota, 19 kwietnia 2008 17:41:38
Od Spotkań Polsko-japońskich czas upływa mi raczej spokojnie i bez większych „wstrząsów”, co w moim przypadku nie powinno być raczej niczym zaskakującym, co jakiś czas „obdarzając” mnie jakimiś miłym akcentem.
I tak przede wszystkim wreszcie się zdecydowałam, co w moim przypadku jest wyczynem iście heroicznym, na kupno książek, na które czaiłam się mniej więcej od listopada- „Ptak, który zwiastował trzęsienie ziemi” i „Ring”, o których prawdopodobnie napisałam tu pean pochwalny wcześniej, przy okazji lektury. Czasem zdarza się, że za trzecim czy czwartym „czytaniem” książka nie wydaje się już być tak dobra, jak za pierwszym i stąd wśród moich prywatnych kryteriów oceny znajduje się również to mówiące o „wielokrotności dobrej lektury”. I z miłym zaskoczeniem stwierdziłam, że i Suzuki, i Jones, spełniają je w całej rozciągłości.
Następny w kolejce jest „NeoAddix”, bo kiedy skończyłam czytać poczułam się jak naćpana i było to uczucie na tyle miłe, że chyba się rozejrzę za swoim egzemplarzem.

Potem bardzo przyjemny akcent w postaci siostrzanego ficka o DR- tutaj wniosek nasuwa się taki, że jeśli Sis nie napisze mi ficka, to próżno szukać czegoś przyzwoitego o tym zespole w sieci… („O mózgu” *rotfl*). A poza tym Karyu jest słodki. Ale o tym wszyscy już wiedzą…
Dziękuję :*
No i wstępnie skończyłam jednego Bardzo Długiego Ficka z parą, która prawdopodobnie nikomu nic nie powie, bo Ka-yu x Riku, ale w praktyce znaczy to mniej więcej tyle, że zabieram się poważnie za czytanie literatury do ficka o wampirach. W międzyczasie planuję znaleźć wreszcie jrockowca z prostym zgryzem…

Ten tydzień, w mniejszym lub większym stopniu wypełniony pilnym uczęszczaniem na zajęcia, siedzeniem w bibliotekach i łażeniem po sklepach, co jest tak cudownie relaksujące, zakończyło spotkanie z Hydaspes.
Kompletnie zaskakujące, że tak tylko wspomnę. Przede wszystkim dziwnie się poczułam słysząc, że osoba, nad którymi fickami ślinię się od lat bez mała trzech od lat bez mała trzech prawdopodobnie co jakiś czas mija mnie na ulicy, ponieważ budynki naszych instytutów znajdują się praktycznie rzecz biorąc po przeciwnych stronach ulicy (od historyków widać budynek).
Po drugie zaś oczekiwałam należytej porcji „gwiazdorstwa”, jakiej można bądź należy się spodziewać po kimś, kto TAK pisze. I chociaż Hyd jest bardziej seme i lider niż Kaoru (bo mat-fiz, szelki i czwórki) to śmiem twierdzić, że spotkanie było całkiem sympatyczne, nie tylko dlatego, że miałam okazję przespacerować się po Szczycie Uniwersyteckiego Picu i poznać kolejne losy bohaterów Prawa na Sukces.
No i ciastko było całkiem niezłe, oczywiście kiedy już wydłubało się wiśnie ze środka.

A na koniec z przykrością zauważyłam, że zamknęli moją ulubioną knajpkę na Solnym, to znaczy Mercer’s Coffee, więc nie wiem, gdzie teraz będę ficki pisać. Chyba, że przeniosę się do Planet Coffee, gdzie czekolada co prawda jest jak czekolada i bez większych rewelacji (poza największą porcją bitej śmietany, jaką w życiu widziałam), ale za to mają coś, co zaspokaja moje fetyszystyczne zapędy. Wielkie, czarne, skórzane fotele, fantastycznie wygodne. I do tego w sam raz chłodne, minimalistyczne wnętrze. Właściwie mogłabym tam chodzić tylko dla wystroju i tych foteli…

komentarze [4]

Czerowna kropka na fladze czyli weekendowa niespodzianka kulturalna >> poniedziałek, 7 kwietnia 2008 00:20:48
Pamiętałam, że w zeszłym roku na Dniach Polsko-japońskich mówili, że jest to impreza cykliczna, pamiętałam, że powinna się odbyć jakoś na wiosnę, jednak nic bliżej na ten temat nie wiedziałam. W tym roku organizacja może nie pozostawiała nic do życzenia, ale reklama była żadna- ja dowiedziałam się czystym przypadkiem, kiedy odnosząc książki do Mediateki zobaczyłam informację o spotkaniu z Henrykiem Lipszycem- i po nitce do kłębka…

Temu też właśnie zawdzięczam bardzo przyjemną sobotę: dzień zaczęłam od pokazu krótkiej wersji ceremonii herbacianej (czyli takiej, na której podaje się tylko jeden rodzaj herbaty, słabą matcha, czyli usucha), którą poprowadziły dwie panie z krakowskiej filii szkoły Urasenke. Pomijając już fakt, że ciekawym doświadczeniem było zobaczyć to, o czym tyle czytałam, to jeszcze miałam okazję przyjrzeć się kimonom…

Zaraz potem miał miejsce pokaz układania ikebany- przyznaję, że nie zawsze budzi ona we mnie jakiś szczególny podziw, ale czy to ze względu na dobór kwiatów, czy sam talent autorki, prezentującej kompozycje, wspominam całość bardzo miło. Poza tym na własne oczy przekonałam się, że osławiona japońska sakura niczym, poza bladoróżowym kolorem, nie różni się od zwyczajnej polskiej wiśni… przynajmniej na pierwszy rzut niewyćwiczonego oka, bo być może botanik bez trudu rozróżniłby wiśnię azjatycką i jej europejską krewniaczkę.

Kolejnym punktem programu była prezentacja haiku: wiersze czytali studenci szkoły aktorskiej oraz pani o wdzięcznym nazwisku Fujiwara. I tu czekało mnie poważne zaskoczenie, bowiem wprowadzeniem do „spektaklu” i przybliżeniem tradycji haiku zebranym na sali słuchaczom zajął się pan Lipszyc. Nie wiem dlaczego, ale zawsze, kiedy pierwszy raz widzę człowieka, którego znam jako naukowca, autora czy tłumacza i w jakiś sposób darzę go szacunkiem i estymą, czuję takie zaskoczenie… Nie miałam żadnego konkretnego wyobrażenia tego znawcy kultury japońskiej i wybitnego tłumacza, ale byłam przyjemnie zdziwiona, kiedy stanął przed nami niewysoki, starszy pan. Wyglądał zupełnie niepozornie, taki sobie sympatyczny staruszek o ciepłym spojrzeniu, ale kiedy zaczął mówić!… mieć takiego wykładowcę to skarb. Na tegoroczną edycję Dni Polsko-japońskich przyszli różni ludzie, często zupełnie niezwiązani z kulturą japońską, czyli mówiąc prościej- laicy. Dlatego byłam tak pełna podziwu dla pana Lipszyca, że w sposób przystępny i zwięzły, nikogo nie nudząc i nie przytłaczając nadmiarem fachowego słownictwa, potrafił wyjaśnić czym jest i skąd pochodzi haiku. Po takim wprowadzeniu nie było chyba nikogo, kto miałby najmniejszy nawet problem ze zrozumieniem kontekstu i wymowy poszczególnych utworów Basho, Issy i Busona, którzy stanowczo dominowali nad całością.
Ciekawym doświadczeniem było też porównanie interpretacji polskich i japońskich. Być może to kwestia subiektywnego odbioru, ale Polacy czytali haiku tonem patetycznym, pełnym uniesienia, podniosłym- zupełnie, według mnie, niepasującym do tych prostych, często żartobliwych zdań. Na tym tle wypowiedziane szybko, naturalnie i bez teatralnego zacięcia zdanie po japońsku w ogóle nie brzmiało jak poezja, raczej jak coś wyjęte z codzienności, zwykła, luźno rzucona uwaga, komentująca daną chwilę…

Ukoronowaniem popołudnia był koncert muzyki japońskiej- bądź szerzej, azjatyckiej- na tradycyjnych instrumentach. Samisen, koto i różne bębny nie były dla mnie większym zaskoczeniem, z radością natomiast powitałam utwory, w których jeden z muzyków grał na bambusowym flecie shakuhachi, którego dźwięk szczególnie lubię- jest nieco niższy i cieplejszy niż dźwięk naszego fletu poprzecznego, jednak nie tak niski jak obój i znacznie głębszy. Prawdziwym zaskoczeniem było jednak to, że muzycy przywieźli ze sobą protoplastów fletu shakuhachi: krótszy flet mongolski i trzcinowy flet egipski, który ma dźwięk bardziej „świszczący”, płytszy i wyższy. Kolejnym powodem, dla którego warto było iść na ten koncert, zamiast z językiem na brodzie biec na spotkanie z Henrykiem Lipszycem, była możliwość usłyszenia kilku ludowych utworów z Okinawy- w zeszłym roku nie udało mi się iść na koncert tej muzyki w czasie Głosów Azji, więc teraz tym bardziej się ucieszyłam- granych na tradycyjnym, dwustrunowym instrumencie, nazwy niestety nie podam, bo poległam na transliteracji ==’.
Żeby nie ograniczać się jednak tylko do utworów klasycznych, dawnych- wszak impreza odbywała się pod hasłem „Japonia wczoraj i dziś”- zespół, a właściwie jeden z jego członków, zaprezentował kilka kompozycji na marimbę Keiko Abe. Nigdy wcześniej nie słyszałam tego instrumentu i był to jeden z przyjemniejszych akcentów tego popołudnia: całość uświadamia mi tylko, jak wielkie bogactwo kryje się w muzyce i że, dzięki bogom, nie ogranicza się ona tylko do skrzypiec i fortepianu, jak twierdzą co poniektórzy *znaczące spojrzenie*.

Na koniec jeszcze oglądanie dwóch wystaw: plakatu japońskiego (duży plus dla organizatorów za informacje, pomagające zrozumieć kontekst powstawania i odczytania prac) oraz drzewek bonsai, co obudziło we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony niewątpliwie są zachwycające i budzą mimowolny podziw dla cierpliwości i pracy ich twórców, dla nieprawdopodobnej precyzji, z jaką wyginają gałązki, aby drzewko jak najbardziej przypominało swojego wielkiego krewniaka, a z drugiej… nie wiem, czy nie lubię jednak bardziej tych okazałych, którym wiatr śpiewa w gałęziach… albo czy w ogóle możliwe jest porównanie na tych płaszczyznach i w takim odniesieniu.

I tak naprawdę żałuję tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze, że nie udało mi się dobiec na spotkanie z Henrykiem Lipszycem (ale koncertu już nie żałuję), bo strasznie chciałam usłyszeć jak wspominał swoją pracę nad przekładami Kawabaty Yasunari („Mejin, mistrz go”, uwieeelbiam!) i Mishimy Yukio, ale może jeszcze kiedyś będę mieć po temu okazję, a po drugie- że w zeszłym roku byłam z Sis, a w tym nie… ale może za rok? Żeby tylko wcześniej jakieś plakaty się na mieście pojawiły…

komentarze [2]

Jak to Szymonek i Andrzejek w jednym stali domu, czyli BZIk w kropki. >> wtorek, 1 kwietnia 2008 02:05:49
Rację miała Naomi, kiedy powiedziała: „Lubię PKP, bo jak wychodzę ze szkoły o 16, to zawsze zdążę na ten pociąg o 15.20”. Doskonale wiem, co miała na myśli, bo choć mój pośpieszny wyjechał z Wrocławia punktualnie, to już w Opolu miał dwadzieścia minut opóźnienia, co nie było dla mnie żadnym powodem do radości, jako że na śląskiej ziemi oczekiwała mnie przecież Sis (a może raczej Bro? Jak myślisz, Szymonku?). Po niewielkich komplikacjach związanych z tradycyjnym myleniem przeze mnie torów z peronami (ach, ach, czy pamiętasz, że gdy się poznaliśmy wpadka była podobna?) stęskniona jak Kaoru za depilatorem padłam najpierw w siostrzane ramiona, dla zachowania porażającej konsekwencji, z okrzykiem „Szymonku!” na ustach, a potem w ramiona Zophielowe (:*). Już od pierwszych chwil mojego pobytu jasne było, pod jakimi znakami on upłynie- twardego, siostrzanego estetyzmu, głodu książkowego i wampirów, w tym przede wszystkim Ashleya Popiołka i Karyu („Znowu wf?”).
Zameldowawszy się pod moim wytęsknionym adresem tymczasowym ^^ wszystkie cztery, wraz z Niką, rozsiadłyśmy się wygodniej i prowadząc przyjemną rozmowę na temat przywiezionych dóbr kultury (dygresja pierwsza: w życiu stanowczo trzeba umieć przegrywać, o czym świadczy radosny błysk w oku Zoph na widok filmików z Giru. Dygresja druga: jak urosnę to zostanę Fondą z „Gothique”. Dygresja trzecia: po czterech tysiącach zdjęć Die nadal jest tak samo atrakcyjny jak na początku) przegryzanej pizzą schodziłyśmy na najwdzięczniejszy z możliwych tematów, to znaczy na urodę Tsukasy i niezaprzeczalną atrakcyjność Karyu. To znaczy, chciałam rzec, zajęłyśmy się oglądaniem szczęśliwie znalezionego koncertu DR ^^. Jest mi niezmiernie miło, że nareszcie ktoś poza Sis, która zawsze miała dobry gust do muzyki, podziela moje zapatrywania muzyczne i estetyczne („Podnosi łapki do góry i co?” „I nic!”) ^^.
Miłe popołudnie z udziałem Zoph i Niki skończyło się o całe trzy koncerty za wcześnie, ale czymże jest ból- krótkotrwałego, mam nadzieję- rozstania wobec całego wieczoru z Szymonkiem?... Kluczem do zrozumienia tego fenomenu okazało się być trafne spostrzeżenie Sae- „A imię moje jest Legion” (i niech mi ktoś powie, że Biblia jest lekturą odpowiednią dla najmłodszych), a w wypadku Szymonka i Andrzejka nawet dwa i pół. Słusznie zatem Tato N’Av, będący mimowolnym świadkiem naszych dyskusji estetycznych zapytał trzeźwo „Jezus, co tam się dzieje?”.

Popołudniowo- wieczorne ekscesy połączone z szukaniem ziemniaków we śnie okazały się być tak wyczerpujące, że cały piątek upłynął głównie na regenerowaniu sił przed wypadem sobotnim (to jest wersja budująca dla czytelników nieletnich, o ile tacy są. Czytelnicy pełnoletni są już na tyle doświadczeni, żeby wiedzieć, że w praktyce zległyśmy jak dwa obłe kształty zajmując się głównie gadaniem, oglądaniem filmów- estetyzm, estetyzm! Proszę państwa!- oraz trawieniem, bo jak wiadomo Nawłaj robi najlepszą rybę na Śląsku, i degustacją herbaty. Czytelnicy pełnoletni wiedzą również, że oczywiście nie obejrzałyśmy nawet połowy z zamierzonych rzeczy. Ciekawe, dlaczego?...)

Rozpaczliwie wczesny poranek przywitał nas aurą pochmurno- deszczową, co, jak wiadomo z poprzednich spotkań i spacerów po Ogrodzie Japońskim, dla wytrawnych estetek nie jest żadną przeszkodą. Zgodnie z niepisanym prawem Murphy’ego jeśli na dworcu, cztery minuty przed odjazdem pociągu, zmienia się ogonek pod okienkiem pierwszym na ogonek pod okienkiem drugim, bo będzie szybciej, to i tak trzeba będzie pędzić na pociąg i kupować bilet u konduktora, ot co. Także i ta drobna niedogodność nie zepsuła nam humorów i standardowo zgorszywszy współpasażerów oraz marnując trzy kwadranse w samej hali dworca w Krakowie (książki! Rękawiczki!) i w Galerii Krakowskiej, trzy małe buraczki siedzące pod H&M spotkały się wreszcie z Alien (:*), po czym, jak tradycja nakazuje, udały się do Makdolca, siejąc zgorszenie i konsternację.
Zgodnie z twardym estetyzmem dalsza trasa wycieczki wiodła na Wawel (obsceniczne i pożądliwe zdjęcia pod długim, ekhem, smokiem) i do Mangghi, gdzie, zakupiwszy okolicznościowe suweniry („su-u-we-e-ni-i-ry!”), z całym spokojem oddałyśmy się „obcowaniu ze sztuką japońskiego drzeworytu”- niektóre z portretów były tak sugestywne, że tylko brak wiedzy nie pozwolił mi zabrać się za pisanie kolejnego AU z jakimś kruchym onnagatą w roli głównej…
Na koniec szybkie spotkanie z Yasai (:* cieszę się, że mogłam Cię zobaczyć, kochany Lyderze, wyglądasz kwitnąco i młodziej niż w listopadzie rok temu!) i powrót do domu, połączony z radosnym pisaniem kartek i rysowaniem znaczków… Zmęczenie moje okazało się tak silne, że nawet we śnie prześladował mnie Rame z Vidolla, sprzedający ogórki. Komisyjnie stwierdzono jednak, że ramię Nawłaja, które niechcący zmiziałam podczas snu, nie wykazuje cech fallicznych, zatem Rame i jego ogórek nie mają z tym nic wspólnego. Przy okazji, gdyby w życiu mi nie wyszło, zajmę się badaniami nad punktem C!

Tak oto nastała chwila rozstania, osłodzona jeszcze wzmocnieniem więzów rodzinnych przy wymianie herbaty (Wojtek! Pij herbatę i niech teina będzie z Tobą!) oraz lodami w Makdolcu i ogólnym zgorszeniem przy wspólnym piciu coli (mam wrażenie, że Makdolec to siedziba wszystkich perwersów, zawsze ktoś na nas patrzy dziwnie…), a potem został mi tylko, ach, przedział w TLK, wampiryczne (Zoph- :*) i gejowskie lektury, o których następnym razem, i mój pusty pokój, z którego widoku wcale nie cieszyłam się tak, jak według jakiejś niepisanej reguły powinnam.
Szymonku! Ach!

***
… i już oczami wyobraźni widzę te tytuły książek… „Szymonek i Andrzejek czyli gejowskie opowiastki ku pouczeniu młodzieży zebrane”, „Szymonek i Andrzejek a pojęcie dualizmu depilacyjnego” , „Szymonek i Andrzejek czyli anatomia stosowana” (w dwóch tomach: „Żyły i dziury” oraz „Znajdź swój punkt C”), „Szymonka i Andrzejka nocne rozmowy, czyli jak nie pamiętać o czym się mówiło”… Nobel naukowy murowany.
Ciekawe, czy zakład psychiatryczny też…

Dla wszystkich, którym zawdzięczam tak wspaniały weekend- :*. Dziękuję Wam!

Ach, jeszcze jedno, nie mogę się oprzeć!
Nikul: Niki wcale nie mruczą, a Hizumi wcale nie jest atrakcyjny, prawda? Muahahahaha!
N’Av: Popatrz na to. Szymonek i Andrzejek w jednym stali domu. Szymonek na górze, jak to seme, Andrzejek na dole, jako chwilowo zukesiowaciały. Zgadza się z wierszykiem? No właśnie. A teraz powiedz mi, jak się ma do tego to: „Szymonek spokojny, nie wadził nikomu, Andrzejek najdziksze wyczyniał swawole”. Coś tu się nie zgadza. Nie zagłębiając się w kwestie techniczne. A zwłaszcza zagłębiając. Jak to rozumiesz?
(Kurczę. Właśnie przeczytałam: „Szymonek spokojny, nie wsadził nikomu”…)

komentarze [6]






avatar





G-book

Past
2006
listopad (5)
grudzień (9)

2007
styczeń (6)
luty (4)
marzec (6)
kwiecień (4)
maj (3)
czerwiec (3)
lipiec (3)
sierpien (3)
wrzesień (5)
październik (6)
listopad (3)
grudzień (4)

2008
styczeń (2)
luty (3)
marzec (2)
kwiecień (3)
maj (3)
czerwiec (1)
lipiec (1)
sierpien (1)
październik (1)

2009
maj (1)

Faved


Clubs


Guests: