Podróże w kropki, czyli "Porzuć zamiar podróż nawet, gdy jest to tylko jedna mila" >> czwartek, 23 sierpnia 2007 03:36:07
...jak mówi arabskie przysłowie- autor (autorzy?) są jednak usprawiedliwieni, gdyż nigdy nie wybierali się w odwiedziny do N’Avoie i grupki obecnych na śląskiej ziemi Diruholiczek ^^. Wyjazd poniedziałkowy został odłożony na czwartek, czyli dzisiaj, ze względu na wszelkiej maści problemy natury zdrowotnej- cholera, nawet zęby mnie rozbolały. A ja, odpowiadając na pytanie Mizuu ;), właśnie szykuję się do póki co jedynego wakacyjnego wyjazdu tego roku- mój pokój przypomina pobojowisko połączone ze wschodnim bazarem- ewentualnie Stadionem X-lecia- i wyprzedażą w sklepie odzieżowym. Zaiste, nie wiem dlaczego ile razy gdzieś wyjeżdżam, to zabieram ze sobą trzy szafy ciuchów i dwa razy tyle książek „bo nareszcie przeczytam to, na co nie mam czasu w domu w czasie wakacji”. I cieszę się tylko, że nie przekraczam żadnych granic i nie będę mieć styczności z żadnymi celnikami, bo czuję się jak pierwszej wody pirat i w ogóle nielegalny dystrybutor nielegalnie nagranych Bardzo Nielegalnych Materiałów (wybuchowych, jeśli weźmiemy pod uwagę obecność Tsukasy).

A poza tym jestem Prawie-że-Najszczęsliwszym-Fangirlem-na-Świecie, a to dlatego, że nareszcie udało mi się skompletować wszystkie demówki D’espairsRay (może nie jest to jakieś szczególne osiągnięcie, ale ile radości mi przysporzyło wie tylko moja klawiatura i zdjęcie Tsukasy od Sis) oraz trzy inne drobiażdżki, w tym „Itanji” ^^. Brakuje mi tylko „Ura video”- jak znajdę kogoś, kto to ma, to go ozłocę, pobłogosławię do piątego pokolenia, a moje prawnuki będą mu palić kadzidło na ołtarzyku, a już na pewno dopilnuję, żeby nie hałasowały pod oknem mojego dobroczyńcy, co w ogólnym rozrachunku może być znacznie korzystniejsze.

I tym optymistycznym akcentem…
Bum ta rira rira i ta-da-dam, ta-da-dam, do zobaczenia na Śląsku.

komentarze [4]

Non scholae sed vitae..., czyli Biedronek a kreacjonizm chemiczny >> czwartek, 16 sierpnia 2007 07:52:48
I tak oto minęła połowa wakacji, a ja z zapałem godnym pierwszoklasisty poświęcam czas na naukę matematyki. Jak zwykle rezultaty są opłakane, bo choć spędziłam nad tym całe popołudnie nadal nie wiem, ile to jest siedem dziesiątych z jednego GB (1024 MB), bo z bardzo skomplikowanych obliczeń, za których poprawność nie ręczę, wyszło mi, że właśnie siedem dziesiątych GB to jeden procent pliku, który niecnie ściągam. Oczywiście to nie koniec moich zmagań z rachunkami, bo ostatnie cztery dni spędziłam obserwując zmieniające się cyferki transferu i ilość ściągniętych danych, czyli „jeśli zostało mi 11,7 procent, to mam ściągnięte sześć giga z groszkiem”. Tak, dla Tsukasy bez pikselozy warto się tak poświęcić.

Czeka mnie jeszcze powtórka z chemii (brr), bo nadal nie mam pojęcia, co to jest ortoołowian ołowiowy (brzmi trochę jak masło maślane) czyli karmazyn albo taki wodorotlenek żelaza i tlenek manganu (umbra naturalna). Zaczynam rozumieć, dlaczego chłopiec, zanim został malarzem, terminował co najmniej osiem lat, natomiast przestaję rozumieć, jakim cudem skończyłam liceum, skoro powinni mnie oblać z matmy i chemii.
Pozostałą część wolnego czasu dzielę mniej więcej równo na dwie części: albo siedzę w Coście/łażę po sklepach (ostatnio miłe spotkanie z Mors, nie ma to jak pogadać z kimś, kto ma podobne poglądy na zasadnicze kwestie czekolady i Sato z Girugamesha) albo obcując ze słowem pisanym w dwojaki sposób- jako piszący lub jako czytający.

Jako ten ostatni chciałabym powiedzieć, że albo spada mi wrażliwość, albo faktycznie „Zwierzenia Fanny Hill” są nudne jak flaki z olejem i znacznie bardziej wolę to, co pisze Obscene, niż pan Cleland (btw, trzeba mieć niezłe jaja, żeby po dwustu stronach pornografii powołać się na cnotę i czystość obyczajów-ja rozumiem wymogi cenzury/moralizatorstwo tudzież księgarzy/czytelników, ale literatura francuska z tego okresu jest znacznie lepsza. Ciekawe, że autor z przyjemnością opisuje lesbijskie igraszki bohaterki, ale kiedy czyni ją świadkiem męskich zabaw, nie omieszka z całą surowością zganić tego ohydnego procederu, bałwan jeden). Z ciekawszych książek, jakie przeczytałam w tym miesiącu należałoby wymienić „Ring”- Koji Suzuki napisał najlepszy i najbardziej wciągający kryminał, jaki kiedykolwiek czytałam. Z horrorem ma to niewiele wspólnego, więc tym bardziej wyrazy szacunku należą się twórcom filmu (japońskiej wersji), pomimo drobnych nieścisłości.
Skończyłam też oglądać „Czarodziejkę z Księżyca” (tak, całe 200 odcinków!) i stanowczo uznaję, że najlepsza jest piąta seria (SailorStars) ze względu na obecność trzech miłośników lateksu. Jestem formalnie zakochana w Seyi- chodzi mi po głowie lemon z nim i z Yatenem, ale sprawę komplikuje nieco zmienność płci. Swoją drogą, Usagi jest głupia, że wolała tego wymoczka Mamoru, skoro- pomijając już wszystkie inne zalety wyglądu i charakteru- Seyia jest o tyle bardziej praktyczny, że przynajmniej z płcią można kombinować i życie sobie urozmaicać.


Tymczasem, ponieważ mija połowa wakacji, ja nadal nigdzie nie byłam, a klimat raz na rok trzeba sobie zmienić, od poniedziałku na jakiś czas zmieniam malaryczne powietrze Dolnego Śląska na siarczano-smogowe Górnego Śląska.
Do zobaczenia wszystkim.


komentarze [13]

Kto zarył kroczem w głowę basisty, czyli wyziewy Obscene & Lustful >> czwartek, 2 sierpnia 2007 15:03:56
„Kąpiel jest praktyką niemoralną. Wiadomo to dobrze i z wielu źródeł, jakie niebezpieczeństwo moralne budzić musi przebywanie nago w wannie (…)”
„Tymczasem myśli ucznia podnieconego przebywaniem w gorącej wodzie skłaniają się ku złu, co grozi osłabiającym młode organizmy samogwałtnym nierządem.” (Otóż to!).
„Dowiedzione jest, że zanurzanie ciała w gorącej wodzie pobudza nieprzyzwoite myśli i niezdrowe tęsknoty. Nie należy więc ustępować przed chwilową i bezcelową modą dyktowaną przez pozbawionych skrupułów fabrykantów wanien”.

Takie oto myśli i uwagi można znaleźć w tekstach z lat 1821-1852. Zaiste, tylko w postępowym, racjonalnym i naukowym Oświeceniu można było tak usprawiedliwić brud. I nic dziwnego, że Zola- przynajmniej w „Nanie”- cały czas wspominał o „wyziewach”, co skądinąd nie jest pozbawione pewnego uroku. Nie lubię Oświecenia i gdyby mi ktoś powiedział, że ta epoka zaintryguje mnie z powodu jednego ff (:*), to bym nie uwierzyła. Tymczasem spędziłam sporo czasu grzebiąc się właśnie w Zoli, a że moje poszukiwania miały miejsce kilka dni przed przyjazdem Sis, to cały kolejny wspólnie spędzony tydzień upłynął nam pod znakiem „wyziewów” (Sis mnie uspokoiła- na szczęście Uru poddał się modzie dyktowanej przez pozbawionych skrupułów fabrykantów wanien i nie było mowy o żadnych wyziewach).

Wyziewów i DespiarsRay. Po moim „Ale wiesz, Nawłaju, oni są raczej poważni i trochę nudnawi, więc nie wiem, czy będzie ci się podobało” obejrzałyśmy dwadzieścia minut koncertu w trzy kwadranse, zaś przebojem stał się utwór „Maverick” gdzie Hizumi daje upust swoim odczuciom związanym z byciem uke, przy czym i tak okazało się, że najatrakcyjniejszy w Hizu jest Tsukasa (ja naprawdę nie wiem, dlaczego tak mi się tam wymsknął ten perkusista). Poza tym sprawdziła się zasada, że im zespól mroczniejszy i groźniejszy, tym częściej grzebie w szafach przodków, czego dowodem jest tzw. kostium sceniczny wspomnianego wokalisty zrobiony z bardzo znoszonej salopki babci.
Tydzień upłynął nam więc pod znakiem łażenia po Wrocławiu, popełnianiem wszystkich możliwych grzechów w sklepach (dostałam śliczną szklaneczkę z biedronką!) i piciu czekolady w Costa Coffee (Sis może potwierdzić, że dają tam najlepszą czekoladę na świecie, po czym ja leżę i trawię jak Biedronek Boa) i ja poproszę więcej takich spotkań. Obawiam się tylko, że jeszcze kilka dni i potrzeba komunikacji werbalnej zmalałaby do zera ;).
A na koniec podsumowania tygodnia intermezzo artystyczne (kto pamięta „Tarzana” z marca, ten wie, o co chodzi):
Bum ta rira ria
Kacza dupa.

***
Poza tym skończyłam wreszcie ficka i czuję się z tym nieco dziwnie: nie mam nic do roboty, nie muszę niczego szukać… czuję się jakbym miała wakacje ;). Co prawda trochę mnie zabiło, że Tora „był papuśny, miał takie słodkie fafulki, ale ten fąfiś na nosie…”,ale teraz nie ma to już większego znaczenia, a ja chyba przeniosę się na jakiś czas do renesansowej Florencji…

***
Poza tym korzystając z tego, że- jak wspomniałam- mam wakacje nareszcie mam też czas na to, żeby czytać. Jak zwykle bywa, lektury budzą we mnie różne uczucia. Do kategorii bardzo, bardzo pozytywnych należy zaliczyć te budzone przez „Opowieści łotrzykowskie” Al-Hamadaniego: nigdy bym nie pomyślała, że w literaturze arabskiej kryje się taki „potencjał”: „Księga pouczających przykładów” Usamy ibn Munkidha zniechęciła mnie do niej dość skutecznie. Tymczasem makamy urzekły mnie bogactwem stylu i kwiecistością języka. Nigdzie dotąd, w żadnej prozie, nie spotkałam się z takim urzekającymi porównaniami, a już na pewno żaden Europejczyk z taką subtelnością nie opisał czegoś bliskiemu sercu każdej yaoistki…
„Przygotowano mi łoże, a kiedy poczułem zmęczenie, zjawił się jeden z synów plemienia podobny do jemeńskiego miecza albo sierpa księżyca w jasną letnią noc. Obdarował mnie tak, że wprost nie mogłem przyjąć jego poświęcenia, ale moje serce cieszyło się szczerze.”
(Makama dżurdżańska).

Uczucia zupełnie innego rodzaju wzbudziła zaś Ursula Richter i jej „Uśmiech gejszy”. Ja naprawdę rozumiem, że autorka spędziła w Japonii dziesięć lat, ale chyba zamknięta na jakimś odludziu i odcięta od kultury, której najwyraźniej nawet nie próbowała poznać. Bardzo szczerze chciałabym też pogratulować tej pani, bo nie sądziłam, że ktokolwiek pobije mnie w dziedzinie lania wody, a jednak: można napisać całkiem długą książkę na dość rozległy temat bazując na informacjach niczym nie różniących się od tych, które spokojnie można znaleźć w necie i nie trzeba do tego spędzić dekady w Kraju Kwitnącej Wiśni.
Pomijając już, że poziom merytoryczny jest żenujący, a brak bibliografii jest błędem niewybaczalnym, skoro w tekście pani Richter powołuje się na prace innych autorów, to dlaczego w rozdziale „Wiek XVIII-narodziny gejszy” na dziesięć stron (policzyłam!) rysu historycznego pięć opisuje- i to pobieżnie!- historię polityczną Europy?! Kompletnie i ostatecznie rozbroiła mnie natomiast bohaterska próba doszukania się pokrewieństwa między heterami w starożytnej Grecji a japońskimi gejszami- nie tak bezsensowna, jakby się mogło wydawać, ale argumentacja tezy nie jest mocnym punktem rozważań pani Richter.

No, wracam delektować się pewnym doskonałym lemonem (:*), który zmusił mnie do zweryfikowania mojej trójki najlepszych „dziełek” tego typu…

komentarze [2]






avatar





G-book

Past
2006
listopad (5)
grudzień (9)

2007
styczeń (6)
luty (4)
marzec (6)
kwiecień (4)
maj (3)
czerwiec (3)
lipiec (3)
sierpien (3)
wrzesień (5)
październik (6)
listopad (3)
grudzień (4)

2008
styczeń (2)
luty (3)
marzec (2)
kwiecień (3)
maj (3)
czerwiec (1)
lipiec (1)
sierpien (1)
październik (1)

2009
maj (1)

Faved


Clubs


Guests: