Trądy i trendy czyli groszki a omaemo i oma kei >> sobota, 29 grudnia 2007 20:09:56
Spodziewany dołek okołoświąteczny przyszedł zapowiedziany kilkoma potężnymi awanturami z rodziną (jedzenie kapusty i grzybów, porządki, lepienie pierogów) i odszedł wraz z katorgą picia kompociku z suszu i jedzeniem uszek, za co niech dzięki będą wszystkim bogom. Mam też cichą nadzieję, że wspomniani bogowie zechcą werszcie wysłuchać moich kornych próśb i pozwolą mi spędzić święta w jakimś absolutnie pogańskim zakątku świata. Ale póki jeszcze siedzę tutaj cukierkami próbując zatrzeć smak kapusty i suszu muszę się jakoś ratować, a jak wiadomo, najlepszym przyjacielem człowieka jest książka i gg (zwłaszcza jeśli są tam tak sprawdzone w wyciąganiu z dołków osoby jak Sis :*, dziękuję Ci za cierpliwość do mnie :*).

W kwestii książek i zbliżającego się końca roku należałoby uczynić pewne skromne podsumowanie. Z radością skonstatowałam, że książek złych, które w tym roku przeczytałam, jest znacznie mniej niż dobrych. Niechlubnymi wyjątkami są tutaj „Języki i kolczyki” Kanehery, na którą wylałam tu już kubełek żalu, oraz „Zmierzch” Dazai Osamu, według mnie powieść ponura, bezbarwna i przygnębiająca, niezależnie od tego, co na jej temat swego czasu (lata 20-30 zeszłego stulecia) mówiły na jej temat rzesze zachwyconych Japończyków.
Jeśli chodzi o lepsze książki na pewno na wzmiankę zasługuje frapująca i niejednoznaczna moralnie powieść Hisako Matsubary „Szelest złotolitego brokatu”, o której do tej pory nie mogę zapomnieć, szalenie wciągający „Ring” i najlepsza według mnie powieść Murakamiego, „Na wschód od granicy, na zachód od słońca”, przepojona niezwykłą wrażliwością i nostalgią, która naprawdę mnie poruszyła. Ostatnią książką z działki „orientalistycznej” są „Makamy” Al- Hamadaniego, o których też już tu chyba wspominałam…
Jeśli chodzi o powieści zachodnie- trzy najlepsze, jakie przeczytałam w tym roku to na pewno barwny i zachwycający bogactwem szczegółów „Krzyk w niebiosa” Anne Rice, szalenie sugestywna „Niebanalna więź” Sarah Waters (duży plus za mistrzowsko odmalowaną relację między bohaterkami i zaskakujące zakończenie) oraz mroczny i tajemniczy „Ptak, który zwiastował trzęsienie ziemi” Susany Smith.
Ostatnią książką, tym razem historyczną/popularnonaukową, którą należałoby wyróżnić Siódmą Kropką Jakości jest monografia Ivana Morrisa „Świat Księcia Promienistego”- za jasny, zwięzły styl, nie pozbawiony jednak lekkości, nie spłycającej tematu (Japonia epoki Heian), ale czyniącą lekturę przyjemnością.

Poza tym na chwilę obecną oddaję się błogiemu i beztroskiemu świętowaniu spóźnionych Świąt- rodzina składa jeszcze obowiązkowe rewizyty (brr, jak to brzmi w ogóle) i przygotowuje się do kolejnych (sylwestrowo-noworoczne) nasiadówek, a ja spędzam całe popołudnia na lekturze (to taka nowość u mnie) esejów o estetyce ceremonii herbacianej i kaligrafii albo „Pocztu faraonów Egiptu”, czyli spóźnionego prezentu gwiazdkowego. Moje niczym niezmącone szczęście dopełnia zazwyczaj kubeczek wonnej i dobrze zaparzonej herbaty (polecam wszystkim senshę z wiśnią i Herbatę Zimową z migdałami, goździkiem, skórką pomarańczową i cynamonem, obie w Demmers Teahouse). Całość doskonale współgra z nowym albumem Gilgamesha, który powitałam z radością tym większą, że zupełnie się nie spodziewałam, że będą coś wydawać (na OHP trzeba częściej zaglądać…) i z zadowoleniem muszę przyznać, że jestem całkowicie usatysfakcjonowana. To nadal jest stary, dobry Gilgamesh, przy czym nie mogę powiedzieć, że album jest wtórny albo nie wnosi nic nowego do ich muzyki, wręcz przeciwnie…

A tytuł Baraniej Łąki Miesiąca, ostatni raz przyznany tak dawno temu, że najstarsze biedronki tego nie pamiętają, otrzymuje Poczta Polska, ze szczególnym uwzględnieniem (*&^%$#$%) baranków wrocławskich, które to baranki akurat przed Świętami postanowiły przenieść sortownię paczek z miejsca A. do miejsca B. Nie powiem, żebym nie rozumiała facecika, który stał przede mną w ogonku na poczcie i z rezygnacją pytał, czy jeśli paczka wysłana do niego z jakiegoś e-sklepu w listopadzie jeszcze nie doszła, to dojdzie w tym roku, czy dopiero w przyszłym, ale to nie jest powód do tego, żebym miała testować swoją cierpliwość i od dziś przenoszę się na usługi kurierów.
Przeniesienie sortowni dotknęło mnie osobiście, bo na paczkę z rękawiczkami czekałam dwa tygodnie (dwa tygodnie!). Ale nie mam co narzekać, opłacało się, i teraz jestem szczęśliwą posiadaczką tzw. saginek, czyli koronkowych rękawiczek bez palców a’la Saga i chodzę uchachana jak dziecko… Nie ma to jak czas po świętach ^^.

A poza tym życzę wszystkim tu zaglądającym wiele pomyślności i radości w nadchodzącym roku, spełnienia marzeń i spokoju ducha :*.

(PS. Tak, Nawłaju, widzę nas teraz oczami wyobraźni, jako osiemdziesięcioletnie babcie stojące w pierwszym rzędzie na koncercie równie leciwych Despairs Ray (Karyu to już ma ciuchy nawet…) albo Sadie (Japończycy długowieczni są) w jakimś japońskim domu kultury na wieczorku dla emerytów, ubrane w groszki i uśmiechnięte czaszeczki (oswajanie się ze śmiercią). Ależ będziemy omaemo! I już widzę te nagłówki w gazetach, donoszące o powstaniu nurtu oma kei. A potem napiszemy o tym pracę z dziedziny socjologii i może pod dziewięćdziesiątkę będąc dostaniemy tego Nobla…)

komentarze [5]

Schować buraka do biedronki >> czwartek, 20 grudnia 2007 19:16:51
Myślę, że każdy z nas pamięta prezent gwiazdkowy, z którego cieszył się najbardziej, powiedziałabym nawet, że to jedna z takich rzeczy, których się nie zapomina. Ja do tej pory mogłam wymienić dwie takie: wściekle różową lalkę Barbie- syrenkę i książkę o Michaelu Jacksonie (tak, wiem, ale każdy ma czasem takie chwile słabości), odpowiednio w wieku lat ośmiu i jedenastu. Trzeci najwspanialszy prezent gwiazdkowy dostałam wczoraj, przy czym, jak zwykle, nic tego nie zapowiadało.
Jak gdyby nigdy nic wraz z mamą spóźniałam się właśnie na tramwaj (zajęcia z symboliki sztuki średniowiecznej w Muzeum Narodowym), kiedy spotkałyśmy listonosza, który jak gdyby nigdy nic miał dla mnie wielki list ze stolicy. Rzucam okiem na nadawcę- Toto-chan. Jeden renifer św. Mikołaja może wiedzieć, czemu pisze, a jeśli to kartka świąteczna, to chyba z piernika i marcepanu, że taka wielka. Ale nic to, łapię list, stawiam kleksa na świsteczku i dalej w długą, łapać tramwaj- a kopertą sobie radośnie i beztrosko wymachuję. Byłabym zgięła i wsadziła do torby, ale jakaś twarda była: znać, że piernik dobry, wysuszony.
Siadam sobie jak gdyby nigdy nic na moim ulubionym miejscu pod oknem (burżuj komunikacyjny jestem i lubię siadać pod tabliczką z trasą, jedyny plus mieszkania blisko pętli), otwieram kopertę i zagłębiam się w lekturze listu.
I wtedy moja mama przestaje wyglądać za okno i zadaje mi dwa zasadnicze pytania: po pierwsze, czemu kwiczę i może lepiej będzie, jak przestanę, a po drugie, co mi się stało, że się rozpłakałam. Odpowiedź na to drugie pytanie poznała kilka godzin później, kiedy z dumą pokazałam jej podpisane zdjęcie chłopaków z Gilgamesha, wiszące nad łóżkiem. Sama wyglądała tak, jakby chciała się rozpłakać, ale raczej nie z radości.
Większy entuzjazm wykazała na szlafroczek na komórkę z biedronką. Mina troszkę jej zrzedła, jak zobaczyła swoją dorosłą już córkę puszczającą sobie sygnały z telefonu domowego na buraka, bo wtedy pobudzona wibracjami biedronka dzwoni kuperkiem (wiem, wiem, perwersy).
Toto-chan, nikt do tej pory nie sprawił mi jeszcze tyle radości gwiazdkowym prezentem. Dziękuję Ci :*.

A poza tym pławię się w okołoświątecznym zadowoleniu, bo po pierwsze wagaruję na potęgę (tam, ostatni tydzień zajęć, ehe), po drugie dostałam bardzo ładną angstową miniaturkę od Ven (mówiłam, że koniec roku obrodził dobrymi fickami?), po trzecie zapowiada się miły weekend, a po czwarte ogólnie jest przyjemnie.

Na koniec scenka rodzajowa pod tytułem „Takie Rzeczpospolitej koleje, jakie jej młodzieży chowanie”. Występują: ja (jako osoba wiecznie zasypiająca) i moja mama (jako osoba odpowiedzialna za wychowanie).
Ja (wpadam do kuchni jak na spienionym koniu, wiążę glany jednocześnie przełykając kromkę chleba z szynką i zapijając wodą, bo na nic innego jak zawsze nie ma czasu).
Mama: (z wyraźną dezaprobatą) Strasznie się prowadzisz.
Ja: (przez chleb) Ale za to się nie upijam i nie puszczam!
Mama: No i żałuj.

Przy takiej matce to zaiste cud, że jeszcze nie jestem tak wykolejona moralnie, jak bohaterki dydaktycznych nowelek Orzeszkowej i Konopnickiej.

***
Toto-chan, mojemu Rukiemu (Ruke?) z okazji urodzin składam niniejszym życzenia spełnienia wszelkich marzeń, jrockowych i życiowych, pogody ducha każdego dnia, pomyślności, nieustającego uśmiechu i jak zawsze fantastycznej fryzury. Muaa :*

komentarze [7]

Migdał w łupince i mrok jak stado ogórków, czyli kropkowane szaleństwo >> sobota, 15 grudnia 2007 18:07:14
Oczywiście nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, a więc co dopiero mówić o roku, ale uważam, że w tym wypadku mogę spokojnie zaryzykować: mamy ficka 2007 i kto się ze mną nie zgadza, z tym jestem gotowa kłócić się do utraty sił.
Warto było czekać bez mała pół roku, dreptać w miejscu i wzdychać- N’Av skończyła AU, które pod względem dokładności, precyzji szczegółu i oddaniu klimatu epoki nie ma sobie równych: w sam raz dekadenckie, w sam raz romantyczne i w sam raz erotyczne. Autorce w tym miejscu składam szczere gratulacje ukończenia TAKIEGO ficka w TAKIM stylu. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz historia była mi tak bliska i kiedy czekałam na coś z taką niecierpliwością.
Dziękuję :* że mogłam być również przy jego powstawaniu.

Literacko, kontynuując wątek, czuję się rozpieszczana również za sprawą Tygi, która uraczyła mnie swoim fickiem: może jestem stara głupia baba, ale zakończenie mnie rozbroiło i się rozpłakałam z tego wszystkiego, bo rzadko kiedy ktoś pisze tak o przyjaźni.
Poza fickami pochłaniam całe stosy powieści i nie podaruję sobie wyrażenia mojej opinii na temat trzech. Po pierwsze zatem trzy tomy „Sagi rodu Otori” Lian Hearn budzą we mnie uczucia mieszane: ogólnie czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, jednak jak na fantasy jest za mało oryginalne, bo za bardzo japońskie, a na powieść historyczną jest za bardzo fikcyjne. I proszę mi nie mówić, że nie da się pogodzić tych dwóch aspektów, bo jakoś Takashi Matsuoka mógł przedstawić fikcyjną historię w historycznych realiach tak, że chyba nikt, to czytał, nawet okiem nie mrugnął. Po drugie, „Opowieść o złodzieju ciał” Anne Rice okazała się być lepsza niż przypuszczałam i boleśnie gorsza od pierwszego i trzeciego tomu „Kronik wampirów”, ale nadal uważam, że wampirze powieści Rice nie są nawet w połowie tak dobre jak ksiązki spoza cyklu. I tu dochodzimy do punktu trzeciego, który rozbroił mnie, wgniótł w fotel, urzekł, oczarował i kazał zweryfikować zdanie na temat Rice-pisarki: „Krzyk w niebiosa”, cudowna powieść o świecie osiemnastowiecznych, włoskich kastratów. Odkąd nauczyłam się czytać, czyli od lat 14, nie przeczytałam powieści tak zmysłowej, urzekającej i barwnej- może z wyjątkiem pierwszych rozdziałów „Wampira Armanda”. I jeśli nawet nikogo nie obchodzą starannie oddane realia epoki i całkiem interesująca historia, to może przynajmniej doceni dwuznaczny urok i erotyzm kastratów, dziwacznych kobieco-męskich hybryd, oddany ze smakiem i wyczuciem. Rzadko mi się to zdarza, ale całość zrobiła na mnie takie wrażenie, że aż wróciłam do słuchania Scarlattiego.

Poza tym opracowałam prawo zajętego czasu, mówiące, że jeśli na pewno i koniecznie powinnam iść na zajęcia, to Ven zadzwoni z kuszącą propozycją wagarów, co sprawdza się z porażającą wręcz dokładnością. I tym oto sposobem w zeszły poniedziałek testowałam różne rodzaje czekolady w przytulnych kafejkach (wagary indywidualne i z Ven), a w ten piątek zamiast siedzieć na akadyjskim spędziłam całe popołudnie na badaniu przeszłości Kyo- przy czym w żadnym przypadku nie mam na co narzekać.
Krzywiących się na moje olewactwo śpieszę uspokoić, że teraz robię to w pełni usprawiedliwiona, jako że udało mi się dostać rok czynnej dziekanki- w tym miejscu serdecznie pozdrawiamy Pana Dziekana. Nie omieszkam podziękować Panu odbierając Nobla w dziedzinie pornografii, bo dzięki Panu zyskałam więcej czasu na pisanie ficków (btw, przez to ostatnie mogę sobie otworzyć w łóżku filię biblioteki z pozycjami poświęconymi sztuce i artyście w dobie Renesansu. Na nic mi się to nie przyda, ale temat okazał się wciągający ^^).

A żeby poczuć magię nadchodzących Świąt chodzę sobie do centrów handlowych, gdzie jest stanowczo najlepiej wyczuwalna, i pod przykrywką robienia gwiazdkowych prezentów bezczelnie macam i kupuję kolejne pary rękawiczek.
Można zatem powiedzieć, że wszystko, co Nawłajowy Art napisał mi w horoskopie na grudzień (inspiracje, ludzie, napływ gotówki, dobry wpływ Wagi itd.) w całości się sprawdziło (dziękuję :*), co jest doskonałym przykładem na to, że horoskop prawdę ci powie.
Dziękuję też Toto-chan za podtrzymujące na duchu smsy, zimowa pogoda zrobiła się taka jakby bardziej przyjemna dzięki Tobie ^^.

Mysz mi biega po ekranie. Nie ruszam niczego, a kursor się przesuwa. WTF? o_O
Nie pamiętam, żebym rok temu zapchała ją opłatkiem, ale i tak jestem ciekawa, czy w Wigilię zacznie mówić.

komentarze [6]

Kto rano wstaje, temu Dir daje >> sobota, 1 grudnia 2007 21:45:34
Każdy kto choć raz w życiu miał okazję spędzać ze mną poranek wie, że uwielbiam oglądać wschody słońca pod warunkiem, że czynię to PRZED udaniem się na spoczynek, a nie PO wstaniu. I pomimo tego, że dr Galewski mógłby mnie uwieść już samym sposobem mówienia, nie miał jeszcze okazji poznać moich zwyczajów porannych (znaczy przedpołudniowych, i to w najlepszym razie), dlatego też nie wiedział, jak bardzo pokrzyżuje mi plany na weekend, zobowiązując do przygotowania referatu na kolejne zajęcia. Referat sam w sobie nie jest złem wcielonym, ale temat (obraz Matki Boskiej Częstochowskiej- coś w sam raz dla starego blackmetalowca ==’) już tak. Nie przeszkodziło mi to jednak w bardzo przyjemnym spotkaniu z Mors na czekoladzie w Mercer’s, gdzie okazało się, że grono wspólnych znajomych jest większe, niż mi się pierwotnie wydawało- ale szczegóły poznam dopiero za tydzień (mam nadzieję;) ).

Komplikacje zaczęły się dopiero przy czwartkowym spotkaniu z Ven, bo zamiast zaszyć się w domu celem obejrzenia venowego „Code of Vulgar[ism]” musiałam się ruszyć do biblioteki. Zamiast zatem wyspać się minimum do dziesiątej i otworzyć Ven w piżamie, o ósmej, celem dobudzenia świadomości, potruchtałam na przystanek i to nie po to, żeby jechać do biblioteki, tylko zgarnąć Ven z tramwaju. A zatem- kto rano wstaje, temu Dir daje (proszę sobie dopowiedzieć, co daje, zwłaszcza w kontekście śniadania dwóch sperwersiałych yaoistek. Oczywiście chodzi o wilczy apetyt). Dla podkreślenia wagi sytuacji dodam, że jak do tej pory na poniedziałkowe proseminarium udało mi się wstać jeden, jedyny raz, ale żeby na ósmą z groszkiem zdążyć po Ven nie miałam problemów. Teoria względności działa.
Czwartek, mile zaczęty Degowym akcentem, kontynuowałyśmy najpierw w bibliotece historii sztuki (ileż tam by było książek do ficka!), potem na Wrocławskich Promocjach Ksiązki. Z radością obserwuję, jak z roku na rok impreza nabiera coraz większego rozmachu i z żalem konstatuję, że jest coraz więcej rzeczy, które mnie interesują. Tak naprawdę z niecierpliwością czekam na Targi, bo to jedyna okazja, kiedy mogę kupić książki z Miniatury- w tym roku głównie poezja chińska i starojapońska.

Ukoronowaniem weekendu był dzisiejszy koncert: pierwszy kantor katedry św. Ireny w Atenach i Patriarchatu Greckiego w Jerozolimie, Lykourgos Angelopoulos, i trzech członków prowadzonego przez niego chóru śpiewało pieśni z kanonu chorału bizantyńskiego. Nigdy wcześniej nie słyszałam takiej muzyki, więc wrażenie było dość zaskakujące- przede wszystkim głosy śpiewaków, ostre i o charakterystycznym, wschodnim brzmieniu, zupełnie różne od łagodnych, niemal ciepłych, zachodnich tenorów chorału gregoriańskiego. Sama linia melodyczna wydawał mi się znacznie swobodniejsza od surowej „łacińskiej”- może to przez obecność wschodnich „arabesek”, może przez większą rolę kantora. I jak chyba nigdzie indziej w tym śpiewie łączy się szlachetna prostota monodii i kunszt ludzkiego głosu.
Tyle na temat koncertu, bo kto był, ten wie, kto nie był... ten nie wie, jak ciężko jest opisać taką muzykę.

No, a teraz nie pozostaje mi nic innego, jak dzielnie udać się do nauki czy coś. Chyba udziela mi się przedświąteczne szaleństwo, czyli chce mi się robić jeszcze mniej, niż zwykle, a chęci ogólne i tak koncentrują się głównie wokół pisania ficków i badania zawartości słoików, co od niedawna jest moim hobby. A jak już przy temacie świąt i prezentów jako takich jesteśmy- czy z rzeczy potrzebnych natychmiast mogłabym dostać na Gwiazdkę cierpliwość N’Av, talent Hydaspes i pamięć Blanki z roku?
O książkach nie wspominam, bo tego nawet dwa zaprzęgi reniferów nie ruszą z ziemi…

komentarze [8]






avatar





G-book

Past
2006
listopad (5)
grudzień (9)

2007
styczeń (6)
luty (4)
marzec (6)
kwiecień (4)
maj (3)
czerwiec (3)
lipiec (3)
sierpien (3)
wrzesień (5)
październik (6)
listopad (3)
grudzień (4)

2008
styczeń (2)
luty (3)
marzec (2)
kwiecień (3)
maj (3)
czerwiec (1)
lipiec (1)
sierpien (1)
październik (1)

2009
maj (1)

Faved


Clubs


Guests: