O cudzie! >> sobota, 9 maja 2009 12:15:11
Nowy mylog działa. Jestem pod wrażeniem.
Ciekawie jest móc znów zobaczyć swoje stare notki. Jakiś czas temu wydawało mi się, że mylog padł na dobre i prawdę mówiąc szczerzymi, rzewnymi łzami opłakałam utratę tego bloga. Teraz, kiedy znowu mogę wrócić do starych notek zastanawiam się, kim była osoba, która je pisała. Bo chyba nie mną?
komentarze [0]... >> niedziela, 19 października 2008 20:31:36
Generalnie mylog mnie denerwuje i od pewnego czasu siedzę głównie na LJu, gdzie, gwoli ścisłości, przeniosła się też większa część moich znajomych z linków.
A z kronikarskiego obowiązku dodaję tylko, że jeszcze czasem pamiętam o tym blogu. Po prostu ma prześliczny szablon.
komentarze [0]Kwiatek w kropki, czyli lilia tygrysia >> wtorek, 5 sierpnia 2008 21:19:23
Życie towarzyskie kwitnie.
Lilie kwitną.
Ja wygladam kwitnąco, jako że leciutko zielenieję ze zmęczenia i zapuszczam korzenie.
Wszystko w porządeczku.
Coś więcej, jak się poskładam i wrócę. Wtedy będzie o pomorskich lasach, pomorskich wojach, pomorskim zwierzu, długości yaoi i rozwazaniom, dlaczego Irja jest u mnie od ośmiu godzin, a zaczynają nas brzuchy boleć ze śmiechu.
Czy ktoś jeszcze chciałby wpaść do Wro?
komentarze [2]Koniec, kropka >> piątek, 4 lipica 2008 20:45:32
Jak łatwo się domyślić, zakończyłam niniejszym sesję letnią z wynikiem lepszym, niż się spodziewałam i uzyskanym mniejszym nakładem sił, niż przewidywałam, co nie znaczy, że mniej męczącą i mniej upierdliwą niż wszystkie inne, jakie miałam przyjemność przeżyć. Tym niemniej życie towarzyskie i intelektualne na pewien czas poszło się kochać, ze względu na brak czasu i konieczność czytania tego, co musiałam, a nie tego, co chciałam.
Po wczorajszym wypadzie do teatru z Blanką i jej znajomymi, mrożoną czekoladą z Renatą i Hyd oraz trzygodzinną rozmową telefoniczną z Irją sezon wakacyjny uważam oficjalnie za rozpoczęty i teraz czekam tylko na przyjazd Sis, a co za tym idzie, ogólne sianie zniszczenia.
Rewiduję moje stosunki międzyludzkie i moje podejście do nich.
Na przykład ze zdziwieniem zauważam, że na pewnych znajomościach zależy mi mniej i budzą we mnie mniej sympatii, niż się spodziewałam, inne okazują się być tak ważne, że nie mogę wyobrazić sobie życia bez nich, jeszcze inne nie były niczym innym, tylko bolesną i gorzką lekcją tego, jak cholernie pozory mogą mylić.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że wyciągnę wnioski na przyszłość, ale jeśli jeszcze raz ktoś mi zarzuci, że jestem nieufna i skryta, to puszczą mi nerwy.
Nie, ten wpis nie ma ani sensu, ani znaczenia. Po prostu dodaję go z czysto kronikarskiego obowiązku. Mylog nadal wkurwia mnie za bardzo, żeby się z nim użerać na dłuższą metę.
komentarze [5]Gotta catch'em all czyli sześć kropek w sesji >> piątek, 13 czerwca 2008 01:27:42
Sześć powodów, dla których bardzo nie lubię sesji:
Po pierwsze, muszę czytać te ksiązki, których znajomość jest ode mnie wymaga, a nie, którymi chciałabym się zająć.
Po drugie, zawsze wraz z początkiem sesji jak na złość pojawia się mnóstwo innych możliwości ciekawego spędzenia czasu zamiast siedzieć na dupie i ryć.
Po trzecie, każda kolejna sesja doprowadza mnie do bankructwa w związku z wydatkami na czekoladę i orzeszki (ale może to i dobrze, skoro nie mam książek do czytania).
Po czwarte, jest to jedna z bardziej upierdliwych rzeczy, jakie znam. Bardziej upierdliwy jest tylko mój kot.
Po piąte, pochłania mnóstwo czasu, energii i spokoju, a wiadomo, że z życia w stresie nigdy jeszcze nikt zadowolony nie był.
Po szóste wreszcie, zawsze najgorsze egzaminy wypadają w najgorsze upały. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje.
Ostatnim „rzutem na taśmę” przeczytałam sobie jedną z dwóch książek, polecanych mi przez Zophiel (pomysł na fick nadal żyje swoim życiem)- mam tutaj na myśli „Idoru” Williama Gibsona. Wrażenia mam raczej mieszane, b z jednej strony jest sprawnie napisana, z pomysłem i fabułą, które wyłaniają się z pozornie niezwiązanych ze sobą i chaotycznych wydarzeń (skojarzenie z punktem węzłowym, o których pisze autor, było niemal automatyczne), z drugiej wydawała mi się mało wyrazista i mało „futurystyczna” Ale „Idoru” w moim odczuciu rożni się od innych książek czymś jeszcze- jeśli jakaś powieść „wraca” do mnie jeszcze kilka tygodni po tym, jak ją przeczytałam, mogę spokojnie powiedzieć, że było w niej coś niezwykłego. I taka właśnie jest ta powieść Gibsona.
Z bardziej prozaicznych powodów: jest to ciekawa pozycja dla każdego, kto jest albo był kiedykolwiek fangirlem, ze świeżym, bezstronnym spojrzeniem z zewnątrz. Szczególnie podobały mi się dwa fragmenty, niezwykle celne jak na kogoś, kto nigdy nie był nastoletnią fanką: „Dryf. Tłumy dawnych dziewczyn, różne stopnie zażyłości, zdjęcia Reza lub Lo z jakimiś kobietami w publicznych miejscach, każde opatrzone komentarzem wyjaśniającym znaczenie tego faktu dla nadawcy. Laney zauważył, iż jest to szczególny aspekt danych, perspektywa, z jakiej ogląda obu muzyków. Ludzkich pod każdym względem, ale nie całkiem. Wszystkie informacje były skrupulatne, fanatycznie dokładne, lecz zawsze skupione wokół pustej formy osobistości (…). Stwierdził, że liczba danych, zebranych przez wielbicieli, znacznie przekracza sumę informacji, jakie kiedykolwiek wygenerował zespół. A przecież tworzona przez nich sztuka- muzyka i filmy- stanowiły tylko nikłą ich część”. Nierzeczywistość i nierealność tego świata, magia złudzenia- ma w sobie coś szalenie frapującego… I czasem tak cholernie żałuję, że już jej nie ulegam.
komentarze [1]Soo s szzajnika czyli jak wkurwić Biedronkę >> wtorek, 27 maja 2008 23:49:51
Mylog to jedyny serwis, który naprawdę wie, jak wkurwić i wyprowadzić z równowagi swoich użytkowników. A przynajmniej jednego, to znaczy się mnie. Przepraszam bardzo wszystkich tych, którym nie komentuję blogów- nie dość, że częściej ostatnio jestem na LJu, to jeszcze nie zawsze mylog jest uprzejmy w ogóle wyświetlić stronę, że nie wspomnę o zostawieniu komentarza czy coś. Ale jestem i czasem, jak wszystko chodzi sprawnie, przynajmniej czytam.
Właściwie ta notka jest tylko po to, żeby napisać powyższe. Czas upływa mi na prowadzeniu intensywnego życia towarzyskiego, czytaniu książek (Ostatnim tom Harryego Pottera tak średnio na jeża) oraz słuchaniu (nowe Chariots, nowe Matenrou Opera) i oglądaniu wszystkiego, co wpadnie mi w ręce. Tym sposobem obejrzałam sobie na przykład „Oresamę”, do czego niezbędne okazało się pół litra Absoluta- no i po takim wsparciu film okazał się być całkiem niezły (przepraszam, Sis, ale Miyavi jest chudy i wysoki. To wystarczy). I tym samym sposobem jestem bardzo zdeterminowana do tego, żeby znaleźć koncert Buck Tick „Devil and Freud”- ma ktoś pomysł, skąd by to wytrzasnąć? To zaczyna bardzo poważnie przypominać desperację, bo ja sama nie mam już pojęcia, gdzie szukać. Grrr.
A na koniec ogłoszenie drobne, jakie dostałam sms w pewien radosny poranek w Krakowie:
SPRZEDAM FACETA:
Data pierwszej rejestracji: sierpień 1985 r.
Egzemplarz okazowy, duże gabaryty, tył lekko zgarbiony, poduszka powietrzna z przodu, ropniak, możliwość jazdy na gazie, wrażliwy na pedały, drążek ergonomiczny położony centralnie- prawie niewidoczny, najlepiej posuwa na obwodnicach, na trasie bierze wszystko jak leci. Uwaga! Porządnie stuknięty, dużo pali, problemy z wtryskiem, niemiłosiernie smrodzi z tylnej rury. Zapas gum gratis.
komentarze [2]Takich dwóch ciołków jak nas trzech to nie ma ani jednej, czyli jak Szymonek i Andrzejek z Ban Ko-ki świeże pariongi gruszkowe w Krakowie jedli >> wtorek, 20 maja 2008 22:49:07
Nie od dziś wiadomo, że mylog to w dużej mierze siedlisko wszelkiego nastoletniego, niezbyt rozgarniętego … (tu obraźliwy epitet), ale zastanawiam się, jak pozbawionym wyobraźni trzeba być, żeby zostawać w komentarzach taki spam, jak zapewne dziewczynka pod moją poprzednią notką. Czy raczej notchecką. Czy jakoś tak.
Ja rozumiem, że ktoś może mieć innych ludzi/blogowiczów/autorów notek za przygłupich i brzydkich, zatem musi apelować o to, żeby sobie wyobrażać, że jest się pięknym, bogatym i zabójczo inteligentnym, ale o brak tejże wyobraźni podejrzewałabym raczej kogoś, kto pisząc o pięknych, bogatych i tak dalej każe im pić kawę w Starbucks. I niech mi ktoś wyjaśni, co u diabła ciężkiego znaczy „mieć wyszukanych przyjaciół”?
Za styl i formę dostateczny, interpunkcja żenująca, a zaimki osobowe pisane małą literą doprowadzają mnie do szału. Zaciekawiło mnie tylko, dlaczego w dzisiejszych czasach młodzież ma za dużo wolnego czasu. A przynajmniej tyle, żeby wymyślać bzdury o paryskiej elicie ze Starbucks.
No, tyle tytułem nawiązania do notki poprzedniej.
Weekend upłynął mi na wojażowaniu po Polsce w zakresie ograniczonym, jednak nadal przyjemnym. Przede wszystkim piątek u Sis, gdzie nareszcie naoglądałam się Lyncha za wszystkie czasy- dobrze było poczekać z koncertem, bo jednak Hazuki znacznie lepiej brzmi na tle fangirlowskich kffffików, a i można rozważyć wiele istotnych nurtujących kwestii…
Sobotę i niedzielę spędziłam w Krakowie, ciesząc się z jednej strony samą możliwością zwiedzania, oglądania, bycia w tym mieście, z drugiej samą obecnością N’Av (niezwykle miło mi się z Tobą promenowało, ekhem, bądź biegało po Starym Mieście *lol*, zwłaszcza w okolicy Erazma), z trzeciej tymi wszystkimi wrażeniami, z czwartej wreszcie spotkaniami.
Spotkania były dwa, jedno techniczne, związane w konwentami, z Alqua, drugie towarzyskie z Yasai. Dopiero kiedy zobaczyłam „włosy koloru oszczana słoma i gen wyłupiastości po ojcu” dotarło do mnie, że można tęsknić za kimś, kogo widziało się zaledwie kilka razy w życiu i cieszyć się tylko z tego, że słyszy się czyjś charakterystyczny sposób mówienia, głos… Lyderze! Miło mi było, aczkolwiek jako doradca i wspomożenie wiernych nijak się nie sprawdziłam tym razem, wiem.
Poza tym oczywiście żarty możliwe tylko z Sis, które coraz częściej przypominają kod czytelny tylko dla nas, kilometry przebyte z takim poświęceniem, że nikt nam teraz nie może powiedzieć, że jesteśmy chamskie buraki, interesujący koncert muzyki cerkiewnej (czy ja już mówiłam, że pewna surowość tej muzyki nadal ma dla mnie nieodparty urok?), kościoły i klasztory (przede wszystkim dziki skowyt zazdrości, że Wrocław tak zniszczono w czasie wojny, poza tym skowyt na widok średniowiecznych mszałów w muzeum kościoła karmelitów, bo dlaczego ja teraz nie mogę takich pisać?) sklepy i księgarnie (mam swój egzemplarz „NeoAddix” i skarpetki w paski, o połowę tańsze niż w Pimkie!), pizzerie, puby (Zacisze chyba? Ustronie? Coś podobnego w każdym razie, gdzie już więcej nie pójdę z powodu wybitnie nieuprzejmej obsługi i nie, nie będzie taryfy ulgowej) i kawiarnie (Botanica Caffee i najpyszniejsza na świecie mrożona czekolada, po prosu orgazmiczna, mogę wracać do Krakowa tylko po to, żeby się jej napić) i niepowtarzalna atmosfera Krakowa, po Wrocławiu i Gdańsku chyba mojego ukochanego pod tym względem miasta, w obecności Sis jeszcze bardziej poruszająca.
Nie ma chyba większej przyjemności niż dzielenie takich wrażeń z kimś, kto to rozumie…
A na koniec przeboje około-powrotne, pociągi-widma, głupawi na dworcu i lanserka z parasolką w biedronki…
Powrót w poniedziałek, spotkań z ludźmi dziwnymi i dziwniejszymi ciąg dalszy (pozdrowienia dla Hator, najlepiej ubranej poznańskiej gotki w tym pociągu) i bite 14 godzin snu, kiedy wreszcie poczułam, jak bardzo zmęczona jestem.
Herbaty oczywiście nie było jak spróbować, ciasteczka z herbatą według mnie dość chemiczne i nijakie w smaku, rybka a’la N’Av nadal najlepsza na obu Śląskach, Lynch w ilościach wywołujących takie stężenie serotoniny, że nic, tylko kwiczeć, anielska cierpliwość Sis (:*) dla koncertów JdA i Mago (Riku! Riku!) i chyba najbardziej kwikogenna „pamiątka” z tego spotkania, to znaczy mój prezent urodzinowy, to znaczy prześliczne koronkowe mitenki (czy ja naprawdę jestem aż takim fetyszystą czy tylko troszkę mniejszym?), za który to prezent w tym miejscu bardzo serdecznie dziękuję wszystkim pomysłodawcom/ofiarodawcom, ponieważ sama nie mogłabym wymyślić czegoś lepszego! Mua ;*.
(No dobrze. Chyba najprzyjemniejsze jest to, że ktoś pamiętał, zawsze mnie to tak głupio wzrusza ^^’).
Acha, Sca-chan, Ty jakoś tak koło 20 masz urodziny, tak? Nie pamiętam, kiedy dokładnie, ale wszystkiego najlepszego i Tobie ;*! W życiu tak to czasem jest, że się ma dołki, kiedy inni świetnie się bawią, ale zapewniam Cię, że to się zmienia z czasem, zatem trzymaj się dzielnie i przeczekaj. Nie do końca tylko rozumiem, co ja mam do opka fantasy, pomijając, że to kompletnie nie mój klimat i moja wiedza w tej dziedzinie jest jeszcze mniejsza niż w innych…
komentarze [4]Biedronka na rzecznych falach czyli twórczość przedszkolna i hedonizm >> poniedziałek, 12 maja 2008 16:11:30
No i mój dylemat dotyczący czekolady sam się rozwiązał, jako że wczoraj, tak zwanym przypadkiem, poszłam z R. do najbardziej zmysłowej, rozleniwiającej i kuszącej czekoladkarni, w jakiej kiedykolwiek byłam, to znaczy do Lulu Cafe w Arkadach. Chociaż przez przeszklone ściany Lulu Cafe doskonale widać wnętrze centrum handlowego, to samo miejsce jest w przedziwny sposób odcięte od gwaru i ruchliwości typowych dla takich przybytków jak Arkady, a nieprzyzwoicie wygodne, głębokie, pluszowe kanapy, przyćmione światło i nastrojowa muzyka tylko podkreślają atmosferę tego miejsca. W klimacie tej knajpki jest coś niesamowicie dekadenckiego, a już największą przyjemność sprawia mi dopracowanie szczegółów: wszystko pasuje tam do, powiedzmy sobie, koncepcji miejsca, począwszy od nazw drinków i koktajli, przez kolory wnętrza, skończywszy na cieszących oko drobiazgach takich jak oświetlenie… No i czekolada. W pierwszej chwili zwątpiłam, kiedy przemiła kelnereczka przyniosła mi pokaźną (250 ml) filiżankę gęstej, włoskiej czekolady, ale po pierwszym łyku nie było dla mnie ratunku, dałam się uwieść i rozkochać.
Na chwilę obecną rozważam możliwość zwrócenia uwagi właścicielom tego przybytku na konieczność wprowadzenia kart stałego klienta czy czegoś w tym stylu… I na wagary mi się chce iść, a tu ani chwili wolnego czasu…
No, a przynajmniej nie tyle, ile bym sobie życzyła, bo dziwnym trafem nagle zaczęli ode mnie wymagać wiedzy na studiach: do środy musze przygotować i napisać referat o dekoracji rzeźbiarskiej kościoła św. Macieja we Wrocławiu (bleh) i nadrobić zaległości z historii średniowiecznej Europy (bleh podwójne), a na początku czerwca mam pierwsze zaliczenie z czegoś przypominającego literaturę biblijną (co z tego, że byłam dwa razy). Całość, ze zrozumiałych względów (życie towarzyskie, praca tfurcza, książki) nie napawa mnie szczególną radością, ale czego się nie robi dla trzech miesięcy wakacji.
W każdym razie, pomimo moich narzekań, czasu miałam tyle, żeby przeczytać kilka bardzo dobrych książek (tym razem tematyka głównie okołojapońska, to znaczy „Od mitu do historii” Tubielewicz i fantastyczna monografia „W kręgu tradycji dworu Heian”, żeby wymienić te najlepsze) oraz książek trochę mniej dobrych, ale nadal interesujących („Ja czyli 66 moich miłości”, „Wenus w futrze”, tak, ta „Wenus w futrze”) i wyjść na dwa koncerty.
Pierwszy był okazją do posłuchania włoskich utworów z pogranicza późnego średniowiecza i wczesnego renesansu, drugi to kompletna perełka i wielka rzadkość: barokowe duety na klawesyn i organy. Pomijając, że te dwa instrumenty nie pojawiają się często jako instrumenty solowe, to usłyszenie ich razem graniczy z cudem. Nie muszę chyba dodawać, że wrażenia artystyczne zachwycające, ani że pierwszy koncert mimo wszystko wzruszył mnie bardziej jako bliższy mojemu gustowi.
Czasu starczyło też na to, żeby wyskoczyć z Hyd do Ogrodu Japońskiego i tam w miłej, relaksującej i jakże twórczej atmosferze oddać się robieniu wycinanek. Nie ukrywam, że sprawiło mi to więcej radości niż w czasach przedszkolnych, zapewne ze względu na przesympatyczne towarzystwo i ten szał twórczy. Aczkolwiek prawdopodobnie utopiłam sobie gumkę do mazania. Przypuszczam też, że największy fun mieli turyści podziwiający dwie studentki robiące wycinanki jak para przedszkolaków, w otoczeniu mas jedzenia, leżących na pomoście, pod pomostem i pod wodą (chrupki, wafelki i picie). Zaś jeszcze większy fun będę mieć ja przez resztę wakacji, bo prawe ramię opaliło mi się w kratkę od kabaretek, więc wyglądam jak nugacik polany lukrem, co jest nieco deprymujące.
A poza tym spróbowałam wreszcie herbaty o wdzięcznej nazwie matcha, a która nikomu, kto choć raz zetknął się z japońską tradycją ceremonii herbaty, nie będzie obca.
Za pomoc przy zorganizowaniu mi takiej „rozrywki” bardzo serdecznie dziękuję tutaj Aneczce (:*), dzięki której weszłam w posiadanie miotełki do tejże. Zaś sama macha nie będzie zaskoczeniem dla nikogo, kto wcześniej pił Gyokuro: to ta sama herbata tylko że w innej postaci. Ma tylko nieco bardziej wyraźny aromat, przypominający trochę… świeżo skoszoną trawę. Poza tym opowieści o tym, jak nieprawdopodobnie jest gorzka można włożyć miedzy bajki, bo z doświadczenia wiem, że dobrze zaparzona, to znaczy zalana ostudzoną wodą smakuje delikatnie, łagodnie i nie ma mowy o goryczy.
Teraz jeszcze muszę spróbować lodów z matchą. Prawdopodobnie u Nawłaja, ale we Wrocławiu są dwie knajpki, gdzie można na takowe wyjść- jacyś chętni na wspólną degustację? ^^
A na koniec wszystkim majowym jubilatom i solenizantom (Alien, Riel, Adereide, Ven, Irja, Marina i Emilka) składam na tej drodze najserdeczniejsze życzenia wszystkiego najlepszego i niezmierzonych ilości wymarzonych jrockowców do prywatnego użytku ^^, mua :*
komentarze [2]Czekolada i endorfinki czyli wiśniowe kropki w ciastku >> sobota, 19 kwietnia 2008 17:41:38
Od Spotkań Polsko-japońskich czas upływa mi raczej spokojnie i bez większych „wstrząsów”, co w moim przypadku nie powinno być raczej niczym zaskakującym, co jakiś czas „obdarzając” mnie jakimiś miłym akcentem.
I tak przede wszystkim wreszcie się zdecydowałam, co w moim przypadku jest wyczynem iście heroicznym, na kupno książek, na które czaiłam się mniej więcej od listopada- „Ptak, który zwiastował trzęsienie ziemi” i „Ring”, o których prawdopodobnie napisałam tu pean pochwalny wcześniej, przy okazji lektury. Czasem zdarza się, że za trzecim czy czwartym „czytaniem” książka nie wydaje się już być tak dobra, jak za pierwszym i stąd wśród moich prywatnych kryteriów oceny znajduje się również to mówiące o „wielokrotności dobrej lektury”. I z miłym zaskoczeniem stwierdziłam, że i Suzuki, i Jones, spełniają je w całej rozciągłości.
Następny w kolejce jest „NeoAddix”, bo kiedy skończyłam czytać poczułam się jak naćpana i było to uczucie na tyle miłe, że chyba się rozejrzę za swoim egzemplarzem.
Potem bardzo przyjemny akcent w postaci siostrzanego ficka o DR- tutaj wniosek nasuwa się taki, że jeśli Sis nie napisze mi ficka, to próżno szukać czegoś przyzwoitego o tym zespole w sieci… („O mózgu” *rotfl*). A poza tym Karyu jest słodki. Ale o tym wszyscy już wiedzą…
Dziękuję :*
No i wstępnie skończyłam jednego Bardzo Długiego Ficka z parą, która prawdopodobnie nikomu nic nie powie, bo Ka-yu x Riku, ale w praktyce znaczy to mniej więcej tyle, że zabieram się poważnie za czytanie literatury do ficka o wampirach. W międzyczasie planuję znaleźć wreszcie jrockowca z prostym zgryzem…
Ten tydzień, w mniejszym lub większym stopniu wypełniony pilnym uczęszczaniem na zajęcia, siedzeniem w bibliotekach i łażeniem po sklepach, co jest tak cudownie relaksujące, zakończyło spotkanie z Hydaspes.
Kompletnie zaskakujące, że tak tylko wspomnę. Przede wszystkim dziwnie się poczułam słysząc, że osoba, nad którymi fickami ślinię się od lat bez mała trzech od lat bez mała trzech prawdopodobnie co jakiś czas mija mnie na ulicy, ponieważ budynki naszych instytutów znajdują się praktycznie rzecz biorąc po przeciwnych stronach ulicy (od historyków widać budynek).
Po drugie zaś oczekiwałam należytej porcji „gwiazdorstwa”, jakiej można bądź należy się spodziewać po kimś, kto TAK pisze. I chociaż Hyd jest bardziej seme i lider niż Kaoru (bo mat-fiz, szelki i czwórki) to śmiem twierdzić, że spotkanie było całkiem sympatyczne, nie tylko dlatego, że miałam okazję przespacerować się po Szczycie Uniwersyteckiego Picu i poznać kolejne losy bohaterów Prawa na Sukces.
No i ciastko było całkiem niezłe, oczywiście kiedy już wydłubało się wiśnie ze środka.
A na koniec z przykrością zauważyłam, że zamknęli moją ulubioną knajpkę na Solnym, to znaczy Mercer’s Coffee, więc nie wiem, gdzie teraz będę ficki pisać. Chyba, że przeniosę się do Planet Coffee, gdzie czekolada co prawda jest jak czekolada i bez większych rewelacji (poza największą porcją bitej śmietany, jaką w życiu widziałam), ale za to mają coś, co zaspokaja moje fetyszystyczne zapędy. Wielkie, czarne, skórzane fotele, fantastycznie wygodne. I do tego w sam raz chłodne, minimalistyczne wnętrze. Właściwie mogłabym tam chodzić tylko dla wystroju i tych foteli…
komentarze [4]Czerowna kropka na fladze czyli weekendowa niespodzianka kulturalna >> poniedziałek, 7 kwietnia 2008 00:20:48
Pamiętałam, że w zeszłym roku na Dniach Polsko-japońskich mówili, że jest to impreza cykliczna, pamiętałam, że powinna się odbyć jakoś na wiosnę, jednak nic bliżej na ten temat nie wiedziałam. W tym roku organizacja może nie pozostawiała nic do życzenia, ale reklama była żadna- ja dowiedziałam się czystym przypadkiem, kiedy odnosząc książki do Mediateki zobaczyłam informację o spotkaniu z Henrykiem Lipszycem- i po nitce do kłębka…
Temu też właśnie zawdzięczam bardzo przyjemną sobotę: dzień zaczęłam od pokazu krótkiej wersji ceremonii herbacianej (czyli takiej, na której podaje się tylko jeden rodzaj herbaty, słabą matcha, czyli usucha), którą poprowadziły dwie panie z krakowskiej filii szkoły Urasenke. Pomijając już fakt, że ciekawym doświadczeniem było zobaczyć to, o czym tyle czytałam, to jeszcze miałam okazję przyjrzeć się kimonom…
Zaraz potem miał miejsce pokaz układania ikebany- przyznaję, że nie zawsze budzi ona we mnie jakiś szczególny podziw, ale czy to ze względu na dobór kwiatów, czy sam talent autorki, prezentującej kompozycje, wspominam całość bardzo miło. Poza tym na własne oczy przekonałam się, że osławiona japońska sakura niczym, poza bladoróżowym kolorem, nie różni się od zwyczajnej polskiej wiśni… przynajmniej na pierwszy rzut niewyćwiczonego oka, bo być może botanik bez trudu rozróżniłby wiśnię azjatycką i jej europejską krewniaczkę.
Kolejnym punktem programu była prezentacja haiku: wiersze czytali studenci szkoły aktorskiej oraz pani o wdzięcznym nazwisku Fujiwara. I tu czekało mnie poważne zaskoczenie, bowiem wprowadzeniem do „spektaklu” i przybliżeniem tradycji haiku zebranym na sali słuchaczom zajął się pan Lipszyc. Nie wiem dlaczego, ale zawsze, kiedy pierwszy raz widzę człowieka, którego znam jako naukowca, autora czy tłumacza i w jakiś sposób darzę go szacunkiem i estymą, czuję takie zaskoczenie… Nie miałam żadnego konkretnego wyobrażenia tego znawcy kultury japońskiej i wybitnego tłumacza, ale byłam przyjemnie zdziwiona, kiedy stanął przed nami niewysoki, starszy pan. Wyglądał zupełnie niepozornie, taki sobie sympatyczny staruszek o ciepłym spojrzeniu, ale kiedy zaczął mówić!… mieć takiego wykładowcę to skarb. Na tegoroczną edycję Dni Polsko-japońskich przyszli różni ludzie, często zupełnie niezwiązani z kulturą japońską, czyli mówiąc prościej- laicy. Dlatego byłam tak pełna podziwu dla pana Lipszyca, że w sposób przystępny i zwięzły, nikogo nie nudząc i nie przytłaczając nadmiarem fachowego słownictwa, potrafił wyjaśnić czym jest i skąd pochodzi haiku. Po takim wprowadzeniu nie było chyba nikogo, kto miałby najmniejszy nawet problem ze zrozumieniem kontekstu i wymowy poszczególnych utworów Basho, Issy i Busona, którzy stanowczo dominowali nad całością.
Ciekawym doświadczeniem było też porównanie interpretacji polskich i japońskich. Być może to kwestia subiektywnego odbioru, ale Polacy czytali haiku tonem patetycznym, pełnym uniesienia, podniosłym- zupełnie, według mnie, niepasującym do tych prostych, często żartobliwych zdań. Na tym tle wypowiedziane szybko, naturalnie i bez teatralnego zacięcia zdanie po japońsku w ogóle nie brzmiało jak poezja, raczej jak coś wyjęte z codzienności, zwykła, luźno rzucona uwaga, komentująca daną chwilę…
Ukoronowaniem popołudnia był koncert muzyki japońskiej- bądź szerzej, azjatyckiej- na tradycyjnych instrumentach. Samisen, koto i różne bębny nie były dla mnie większym zaskoczeniem, z radością natomiast powitałam utwory, w których jeden z muzyków grał na bambusowym flecie shakuhachi, którego dźwięk szczególnie lubię- jest nieco niższy i cieplejszy niż dźwięk naszego fletu poprzecznego, jednak nie tak niski jak obój i znacznie głębszy. Prawdziwym zaskoczeniem było jednak to, że muzycy przywieźli ze sobą protoplastów fletu shakuhachi: krótszy flet mongolski i trzcinowy flet egipski, który ma dźwięk bardziej „świszczący”, płytszy i wyższy. Kolejnym powodem, dla którego warto było iść na ten koncert, zamiast z językiem na brodzie biec na spotkanie z Henrykiem Lipszycem, była możliwość usłyszenia kilku ludowych utworów z Okinawy- w zeszłym roku nie udało mi się iść na koncert tej muzyki w czasie Głosów Azji, więc teraz tym bardziej się ucieszyłam- granych na tradycyjnym, dwustrunowym instrumencie, nazwy niestety nie podam, bo poległam na transliteracji ==’.
Żeby nie ograniczać się jednak tylko do utworów klasycznych, dawnych- wszak impreza odbywała się pod hasłem „Japonia wczoraj i dziś”- zespół, a właściwie jeden z jego członków, zaprezentował kilka kompozycji na marimbę Keiko Abe. Nigdy wcześniej nie słyszałam tego instrumentu i był to jeden z przyjemniejszych akcentów tego popołudnia: całość uświadamia mi tylko, jak wielkie bogactwo kryje się w muzyce i że, dzięki bogom, nie ogranicza się ona tylko do skrzypiec i fortepianu, jak twierdzą co poniektórzy *znaczące spojrzenie*.
Na koniec jeszcze oglądanie dwóch wystaw: plakatu japońskiego (duży plus dla organizatorów za informacje, pomagające zrozumieć kontekst powstawania i odczytania prac) oraz drzewek bonsai, co obudziło we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony niewątpliwie są zachwycające i budzą mimowolny podziw dla cierpliwości i pracy ich twórców, dla nieprawdopodobnej precyzji, z jaką wyginają gałązki, aby drzewko jak najbardziej przypominało swojego wielkiego krewniaka, a z drugiej… nie wiem, czy nie lubię jednak bardziej tych okazałych, którym wiatr śpiewa w gałęziach… albo czy w ogóle możliwe jest porównanie na tych płaszczyznach i w takim odniesieniu.
I tak naprawdę żałuję tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze, że nie udało mi się dobiec na spotkanie z Henrykiem Lipszycem (ale koncertu już nie żałuję), bo strasznie chciałam usłyszeć jak wspominał swoją pracę nad przekładami Kawabaty Yasunari („Mejin, mistrz go”, uwieeelbiam!) i Mishimy Yukio, ale może jeszcze kiedyś będę mieć po temu okazję, a po drugie- że w zeszłym roku byłam z Sis, a w tym nie… ale może za rok? Żeby tylko wcześniej jakieś plakaty się na mieście pojawiły…
komentarze [2]Jak to Szymonek i Andrzejek w jednym stali domu, czyli BZIk w kropki. >> wtorek, 1 kwietnia 2008 02:05:49
Rację miała Naomi, kiedy powiedziała: „Lubię PKP, bo jak wychodzę ze szkoły o 16, to zawsze zdążę na ten pociąg o 15.20”. Doskonale wiem, co miała na myśli, bo choć mój pośpieszny wyjechał z Wrocławia punktualnie, to już w Opolu miał dwadzieścia minut opóźnienia, co nie było dla mnie żadnym powodem do radości, jako że na śląskiej ziemi oczekiwała mnie przecież Sis (a może raczej Bro? Jak myślisz, Szymonku?). Po niewielkich komplikacjach związanych z tradycyjnym myleniem przeze mnie torów z peronami (ach, ach, czy pamiętasz, że gdy się poznaliśmy wpadka była podobna?) stęskniona jak Kaoru za depilatorem padłam najpierw w siostrzane ramiona, dla zachowania porażającej konsekwencji, z okrzykiem „Szymonku!” na ustach, a potem w ramiona Zophielowe (:*). Już od pierwszych chwil mojego pobytu jasne było, pod jakimi znakami on upłynie- twardego, siostrzanego estetyzmu, głodu książkowego i wampirów, w tym przede wszystkim Ashleya Popiołka i Karyu („Znowu wf?”).
Zameldowawszy się pod moim wytęsknionym adresem tymczasowym ^^ wszystkie cztery, wraz z Niką, rozsiadłyśmy się wygodniej i prowadząc przyjemną rozmowę na temat przywiezionych dóbr kultury (dygresja pierwsza: w życiu stanowczo trzeba umieć przegrywać, o czym świadczy radosny błysk w oku Zoph na widok filmików z Giru. Dygresja druga: jak urosnę to zostanę Fondą z „Gothique”. Dygresja trzecia: po czterech tysiącach zdjęć Die nadal jest tak samo atrakcyjny jak na początku) przegryzanej pizzą schodziłyśmy na najwdzięczniejszy z możliwych tematów, to znaczy na urodę Tsukasy i niezaprzeczalną atrakcyjność Karyu. To znaczy, chciałam rzec, zajęłyśmy się oglądaniem szczęśliwie znalezionego koncertu DR ^^. Jest mi niezmiernie miło, że nareszcie ktoś poza Sis, która zawsze miała dobry gust do muzyki, podziela moje zapatrywania muzyczne i estetyczne („Podnosi łapki do góry i co?” „I nic!”) ^^.
Miłe popołudnie z udziałem Zoph i Niki skończyło się o całe trzy koncerty za wcześnie, ale czymże jest ból- krótkotrwałego, mam nadzieję- rozstania wobec całego wieczoru z Szymonkiem?... Kluczem do zrozumienia tego fenomenu okazało się być trafne spostrzeżenie Sae- „A imię moje jest Legion” (i niech mi ktoś powie, że Biblia jest lekturą odpowiednią dla najmłodszych), a w wypadku Szymonka i Andrzejka nawet dwa i pół. Słusznie zatem Tato N’Av, będący mimowolnym świadkiem naszych dyskusji estetycznych zapytał trzeźwo „Jezus, co tam się dzieje?”.
Popołudniowo- wieczorne ekscesy połączone z szukaniem ziemniaków we śnie okazały się być tak wyczerpujące, że cały piątek upłynął głównie na regenerowaniu sił przed wypadem sobotnim (to jest wersja budująca dla czytelników nieletnich, o ile tacy są. Czytelnicy pełnoletni są już na tyle doświadczeni, żeby wiedzieć, że w praktyce zległyśmy jak dwa obłe kształty zajmując się głównie gadaniem, oglądaniem filmów- estetyzm, estetyzm! Proszę państwa!- oraz trawieniem, bo jak wiadomo Nawłaj robi najlepszą rybę na Śląsku, i degustacją herbaty. Czytelnicy pełnoletni wiedzą również, że oczywiście nie obejrzałyśmy nawet połowy z zamierzonych rzeczy. Ciekawe, dlaczego?...)
Rozpaczliwie wczesny poranek przywitał nas aurą pochmurno- deszczową, co, jak wiadomo z poprzednich spotkań i spacerów po Ogrodzie Japońskim, dla wytrawnych estetek nie jest żadną przeszkodą. Zgodnie z niepisanym prawem Murphy’ego jeśli na dworcu, cztery minuty przed odjazdem pociągu, zmienia się ogonek pod okienkiem pierwszym na ogonek pod okienkiem drugim, bo będzie szybciej, to i tak trzeba będzie pędzić na pociąg i kupować bilet u konduktora, ot co. Także i ta drobna niedogodność nie zepsuła nam humorów i standardowo zgorszywszy współpasażerów oraz marnując trzy kwadranse w samej hali dworca w Krakowie (książki! Rękawiczki!) i w Galerii Krakowskiej, trzy małe buraczki siedzące pod H&M spotkały się wreszcie z Alien (:*), po czym, jak tradycja nakazuje, udały się do Makdolca, siejąc zgorszenie i konsternację.
Zgodnie z twardym estetyzmem dalsza trasa wycieczki wiodła na Wawel (obsceniczne i pożądliwe zdjęcia pod długim, ekhem, smokiem) i do Mangghi, gdzie, zakupiwszy okolicznościowe suweniry („su-u-we-e-ni-i-ry!”), z całym spokojem oddałyśmy się „obcowaniu ze sztuką japońskiego drzeworytu”- niektóre z portretów były tak sugestywne, że tylko brak wiedzy nie pozwolił mi zabrać się za pisanie kolejnego AU z jakimś kruchym onnagatą w roli głównej…
Na koniec szybkie spotkanie z Yasai (:* cieszę się, że mogłam Cię zobaczyć, kochany Lyderze, wyglądasz kwitnąco i młodziej niż w listopadzie rok temu!) i powrót do domu, połączony z radosnym pisaniem kartek i rysowaniem znaczków… Zmęczenie moje okazało się tak silne, że nawet we śnie prześladował mnie Rame z Vidolla, sprzedający ogórki. Komisyjnie stwierdzono jednak, że ramię Nawłaja, które niechcący zmiziałam podczas snu, nie wykazuje cech fallicznych, zatem Rame i jego ogórek nie mają z tym nic wspólnego. Przy okazji, gdyby w życiu mi nie wyszło, zajmę się badaniami nad punktem C!
Tak oto nastała chwila rozstania, osłodzona jeszcze wzmocnieniem więzów rodzinnych przy wymianie herbaty (Wojtek! Pij herbatę i niech teina będzie z Tobą!) oraz lodami w Makdolcu i ogólnym zgorszeniem przy wspólnym piciu coli (mam wrażenie, że Makdolec to siedziba wszystkich perwersów, zawsze ktoś na nas patrzy dziwnie…), a potem został mi tylko, ach, przedział w TLK, wampiryczne (Zoph- :*) i gejowskie lektury, o których następnym razem, i mój pusty pokój, z którego widoku wcale nie cieszyłam się tak, jak według jakiejś niepisanej reguły powinnam.
Szymonku! Ach!
***
… i już oczami wyobraźni widzę te tytuły książek… „Szymonek i Andrzejek czyli gejowskie opowiastki ku pouczeniu młodzieży zebrane”, „Szymonek i Andrzejek a pojęcie dualizmu depilacyjnego” , „Szymonek i Andrzejek czyli anatomia stosowana” (w dwóch tomach: „Żyły i dziury” oraz „Znajdź swój punkt C”), „Szymonka i Andrzejka nocne rozmowy, czyli jak nie pamiętać o czym się mówiło”… Nobel naukowy murowany.
Ciekawe, czy zakład psychiatryczny też…
Dla wszystkich, którym zawdzięczam tak wspaniały weekend- :*. Dziękuję Wam!
Ach, jeszcze jedno, nie mogę się oprzeć!
Nikul: Niki wcale nie mruczą, a Hizumi wcale nie jest atrakcyjny, prawda? Muahahahaha!
N’Av: Popatrz na to. Szymonek i Andrzejek w jednym stali domu. Szymonek na górze, jak to seme, Andrzejek na dole, jako chwilowo zukesiowaciały. Zgadza się z wierszykiem? No właśnie. A teraz powiedz mi, jak się ma do tego to: „Szymonek spokojny, nie wadził nikomu, Andrzejek najdziksze wyczyniał swawole”. Coś tu się nie zgadza. Nie zagłębiając się w kwestie techniczne. A zwłaszcza zagłębiając. Jak to rozumiesz?
(Kurczę. Właśnie przeczytałam: „Szymonek spokojny, nie wsadził nikomu”…)
komentarze [6]Pisanki w kropki czy świąteczne absurdy >> sobota, 22 marca 2008 21:41:22
Przygotowanie całego tego świątecznego jedzenia: trzy tygodnie. Czas potrzebny na zjedzenie wyżej wspomnianego: dwie godziny, nie licząc godzinnej gehenny śniadania wielkanocnego. (Wniosek: gdzie kucharek sześć i jedna biedronka, tam wszystko idzie wolniej).
Zrobienie porządków przedświątecznych: pięć godzin bezpowrotnie wyrwanych z życiorysu. Czas potrzebny mojej matce na doprowadzenie mnie do szału marudzeniem na temat sprzątania: od połowy lutego w regularnych odstępach dwunastogodzinnych.
Uporządkowanie zawartości szafek kuchennych: całe popołudnie. Czas potrzebny mojej genialnej matce do przywrócenia tam stanu poprzedniego: godzina.
Wyszorowanie podłogi w kuchni: czterdzieści minut. Czas potrzebny mojemu kotu do zapaskudzenia podłogi błotem i tłuszczem: wbiec prosto z podwórka do kuchni, wskoczyć na blat i ściągnąć wielkanocną szynkę na podłogę, po czym próbować przeciągnąć ją do swojej miski. Prawdopodobnie jedna setna sekundy, bo widziałam tylko szarą smugę.
Doprowadzenie podłogi do stanu poprzedniego: kolejne pieprzone czterdzieści minut. Czas potrzebny dziadkowi do zapaskudzenia jej znowu: wejść prosto z podwórka w ubłoconych butach na białe kafelki i zrobić sobie herbatki (ja nie wiem, to u nas rodzinne chyba, ale co się wkurwiłam to tyle mego).
Poświęcenie jajek w kościele: dwadzieścia minut. Kołomyjka przy szykowaniu święconki i wyjściu do kościoła: czwartek, piątek, sobota.
Okres oczekiwania na święta: prawie rok. Słuchanie Hymnu Zachariasza na śpiewach brewiarzowych w Katedrze i adoracja krzyża: prawie pięć minut.
Stres przedświąteczny, włączając w to kłótnie z rodzicami: miesiąc. Trwanie świąt: od śpiewów brewiarzowych w Wielki Piątek do popołudnia Wielkiej Soboty, kiedy ciocia przynosi kawałek mazurka kajmakowego. Czas potrzebny do wyjścia z depresji poświątecznej i wrócenia do równowagi psychicznej: prawdopodobnie dwa miesiące albo weekend spędzony na zabawach Szymonka i Andrzejka.
Czas potrzebny do tego, żeby olać cały świąteczny rozgardiasz: niecałe trzy minuty głosu Riku w „Past Sky” (wniosek na marginesie: czasem lubię w Kisakim jego pożądanie pieniędzy).
Nie żebym nie lubiła świąt, ale ilość absurdów, jakie się z nimi wiążą czasem mnie powala. Krzywdzące jest natomiast to, że przy takich ilościach idiotyzmów, do jakich jestem zmuszana w czasie okołoświątecznym, kiedy chciałam pomalować pisankę na biedronkę moja matka kazała mi się przestać wygłupiać ==”!
Nie to nie.
Wszystkim tu zaglądającym życzę tak zwanego smacznego jajka, czyli świąt spokojnych, pozbawionych absurdów, rodzinnych bez spięć i kłótni, pogody w Lany Poniedziałek i jak najszybszego nadejścia wiosny. A co ^^.
komentarze [5]Biedronka w garncu, czyli idy marcowe >> piątek, 7 marca 2008 16:37:03
Na początku była Nawłaj, potem poznała Biedronkę, a potem był chaos, jak się wczoraj dowiedziałam.
Swoją drogą muszę przyznać, że pojmowanie pewnych kwestii jest ściśle skorelowane z tym, jak postrzegają je inni. I tak ja sama nie widziałam nic dziwnego w tym, że moje pierwsze yaoi było o wokaliście i gitarzyście Metalliki, czyli Hetfieldzie i Hammecie. O tym, że był to wybór dość nietypowy (po prostu słuchałam wtedy tego zespołu, a o japońskim rocku nie wiedziałam nawet, że istnieje, poza tym, że Vader grał kiedyś w Japonii) dowiedziałam się wczoraj. Na szczęście była ze mną Sis, która bardzo szybko wyjaśniła mi, że nie było to takie z palca wyssane i na dowód przytoczyła fragment tekstu do przepięknej ballady „Nothing Else Matters”, która już zawsze będzie dla mnie gejowskim songiem.
Nawłaj: *cytuje tekst* „Never opened myself this way
Life is ours, we live it our way
All these words I don't just say
and nothing else matters”
Ja: *zgon na miejscu. Po chwili do Zoph*: Właśnie doszłyśmy z Nawłajem
Zoph: Co ty robisz z Nawłajem zbereźnego?
Ja: Do tego że „Nothing Else Matters” to gejowski song jak się patrzy.
Ekhem.
I w takiej właśnie przemiłej atmosferze wyjaśniania sobie prawd związanych z szeroko pojętym życiem mija mi pierwszy tydzień nowego semestru, który radośnie przedłużyłam sobie na tydzień wolnego: okazjonalne wagary z Ven na lodach, potem zakupy herbaciane, które oczywiście zajęły mi tyle czasu, że w żaden sposób nie mogłam dojechać na zajęcia i oczywiście notoryczne zasypianie, bo jednak przestawienie się z trybu nocnego na dzienny strasznie boli.
Zakupy herbaciane udały się nad wyraz, bo poza tym, że spróbowałam chińskiej Mao Feng i żółtej Kekacha (ciekawe, że nazywa się z japońska, a podobno jest chińska, wtf o_O?), to odkryłam jeszcze dwie herbaty. Pierwsza z nich to bez wątpienia najlepsza herbata, jaką w życiu piłam- tajwański zielony oolong Ding Dong. Nazwa zabawna, ale smak po prostu niesamowity: jednocześnie delikatny, lekko słodkawy, a jednak charakterystyczny dla zielonych herbat, pomijając to, że zupełnie pozbawiony goryczy. Jestem w tej herbacie zakochana nieprzytomnie. Druga, w której się zakochałam, tym razem wizualnie, to biała Jade Pilar. Jeszcze nigdy nie widziałam tak pięknej herbaty: srebrno-zielone tipsy są ręcznie zwinięte po trzy lub cztery w kształt małych wrzecion, a kiedy zaleje się je wodą rozprostowują się i rozwijają. Nie są połamane i pokruszone, dlatego tak dobrze widać dwa listeczki i pączek z samego szczytu krzewu… i to mnie zawsze tak samo zachwyca. A w smaku wiadomo, jak każda przyzwoita biała herbata…
Na spróbowanie czeka jeszcze japońska Tamaryokucha, ale bez bicia przyznam, że nie mam pojęcia, co to jest.
Poza tym mam już nowe okulary- jakie są ocenią ci, którzy mnie w nich zobaczą (niebawem, mam nadzieję ^^), natomiast muszę oddać sprawiedliwość firmie Fielmann, ponieważ wszystko odbyło się sprawnie, szybko i jeśli to, co gwarantują, ma odbicie w rzeczywistość- a wygląda na to, że ma- to za całkiem przystępną cenę pochodzę w tych okularach kolejne kilka lat. Co prawda świat mi się trochę pokrzywił, ale i tak okres przyzwyczajania się do nowych szkieł przeszłam wyjątkowo bezboleśnie.
Pozostając w temacie związanym z oczami, skończyłam wreszcie ostatni tom „Baśni z 1001 nocy”, co jest nie lada osiągnięciem, skoro czytałam z przerwami ponad rok _^_- to tak informacyjnie tylko.
Za to dwie naprawdę warte uwagi książki, jakie przeczytałam w tym miesiącu to bez wątpienia zbiór opowiadań Mishimy i piękna monografia Kanerta o starożytnej Japonii. Pierwsza jest gratką dla każdego, komu nie chce się kopać w archiwalnych numerach LnŚ sprzed bez mała 20 lat. Prywatnie suchy, oszczędny styl tego pisarza niezbyt do mnie przemawia, ale jest jedna rzecz, która w jego pisarstwie naprawdę robi wrażenie: niebywała precyzja z jaką potrafi poddać analizie najbardziej skomplikowane, mroczne i głębokie, tak to nazwijmy, stany psychiczne człowieka, najczęściej związane z miłością i śmiercią (pod tym względem natychmiast przywodzi mi na myśl powieści Geneta, ale Genet to jednak nie ta klasa, nie ma co).
Książka Kanerta była dla mnie sporym zaskoczeniem. Na samo hasło „monografia historyczna” przełykam ciężko ślinę, bo nawet jeśli książka będzie pełna wiadomości, choćby najrzetelniejszych, to najczęściej styl jest fatalny i brnie się jak przez bagno (pozdrowienia dla pani Wilkoszewskiej, po nocach mi się śnią jej przekłady w „Estetyce japońskiej”…). A tymczasem jakie miłe zaskoczenie! Kanert pisze o dziejach starożytnej Japonii- czyli od czasu pierwszych cesarzy aż do końca epoki Heian- zamieniając nudny wykład historyka w pasjonującą opowieść, a obce i dalekie postacie z dawnych wieków pod jego piórem ożywają, stają się ludźmi pełnymi pasji, w jakiś sposób jednak bliskimi. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czytałam książkę napisaną tak sprawnie. Może to kwestia wyczuwalnej miłości autora do tego okresu, może to jego fascynacja, doskonale widoczna w tej książce, a przecież nie bezstronna i bezkrytyczna, w jakiś sposób udziela się czytelnikowi?...
No, a na koniec Irji szybkiego powrotu do zdrowia, a wszystkim, którzy w tym miesiącu mają urodziny (Kirikos, Kamizuki, tacie, mamie, Gosi i An-Nah) składam bardzo serdeczne życzenia urodzinowe! Mua :*
komentarze [7]Szkiełko i oko czyli narrreszcie >> wtorek, 26 lutego 2008 22:45:22
Na dobrą sprawę cała dzisiejsza notka mogłaby być zdominowana słówkiem „narrrreszcie”.
Przede wszystkim narrrreszcie zaliczyłam historię średniowiecznej Europy u dra Paronia, którego w tym miejscu serdecznie pozdrawiam- wykładowcy się nie chciało odpytywać szczegółowo niedouczonej studentki (mam nadzieję, że papież Kalikst II smaży się w piekle, konkordatów mu się zachciało), więc po kilku rutynowych pytaniach przemiły mój wykładowca wstawił mi stopień do indeksu i rozeszliśmy się szczęśliwi i zadowoleni. Koniec sesji!
Niestety zamiast poświęcić ostatnie kilka dni wolnego na pracę twórczą, jak mi Sis życzyła, bo ficki leżą, skupiłam się na kwestiach optycznych i dopiero dziś narrrreszcie udało mi się wybrać nowe oprawki do okularów. Stare mają dobrze ponad osiem lat i czas najwyższy było poszukać nowych, choćby dla własnego bezpieczeństwa, bo wypadające szkło i pękająca przy nim oprawka gwarantują zabawę w stylu „wytrzyma ten dzień czy nie, ale lepiej, żeby tak, bo jak nie, to jestem ślepa”. O efektach estetycznych moich wyborów (oprawki czerwone z wolnym dołem) i jakości firmy Filmann przekonam się dopiero w przyszłym tygodniu, ale generalnie jestem zadowolona, jako że moja kompletnie pozbawiona gustu matka próbowała mi wcisnąć srebrno-różowo-szare paskudztwo od D&G. Pomijając, że same oprawki były droższe niż wszystko, co akurat tego dnia miałam na sobie, to zbulwersował mnie zestaw kolorystyczny i obrzydliwe, buraczane logo firmy. Oczywiście zdecydowałabym się na nie, jakby to logo było trochę większe, trochę bardziej widoczne i jakby same oprawki miały uchwycik, na którym mogłabym przywiesić plakietkę z ceną. A potem, żeby lepiej uwypuklić niezwykle stonowaną i zharmonizowaną kolorystykę oprawek, zaczęłabym się ubierać na zielono z akcentami fioletu.
Udało mi się też narrrreszcie przesłuchać ponad cztery giga jrocka, zalegającego na dysku i część, której stanowczo nie da się słuchać wyrzucić (przy okazji wywaliłam sobie jeden koncert Mago, którego nie zdążyłam zgrać na płytę, czasem ogrom mojej genialności poraża nawet mnie samą). Jeśli chodzi o efekty, to jak zwykle w połowie przypadków nie ma na czym ucha zawiesić (Cellt, Gemmik, Kazoku, Velvet Nightmare, chociaż wizualnie gitarzysta był bardzo, bardzo obiecujący czy inny Viored, Nikul, toż to okropne jest, gdzie Ty masz uszy?), w pozostałej zaś części są rzeczy mniej lub bardziej ciekawe (NoveLis, reMake, Ruvie czy Selm) i absolutne perełki (meth., Juliadoll, Ry:dia, w której jestem ciężko zakochana). Końcowy wniosek mam tylko jeden: niedługo dostanę alergii na słowo „disbanded”. Zespołów tyle, że nie wiadomo w co ręce włożyć (czy Japończycy nie robią nic poza graniem muzyki?), a co drugi, który jest w miarę obiecujący, albo zawiesił działalność, albo rozpadł się pół roku temu.
O tym, że narrrreszcie mam szansę na brakujące kilka koncertów Mago pisać nie będę, bo jeszcze zapeszę, a z przyczyn wiadomych zależy mi na tym wybitnie… (:*)
Jestem też na dobrej drodze do tego, żeby narrrreszcie skonfigurować sobie sieć i uzgodnić z komputerem i modemem na jakich zasadach będziemy współpracować- po roku pewne szczegóły techniczne zaczęły mnie wkurwiać. Mogłabym się zabrać za to z marszu, ale zawsze istnieje możliwość, że coś spieprzę, jak to ja (tfu, tfu, tfu). W każdym razie jeśli poświęcę jeszcze dwa dni na rozważanie szczegółów i czytanie o IP statycznych, portach nasłuchu, bramach, sieciach LAN i innych miłych owocach ludzkiej przemyślności komplikującym życie sobie i innym, to chyba osiwieję i stanę się domorosłym specjalistą od cholerstwa.
I narrrreszcie udało mi się znaleźć sklep z japońską zieloną herbatą- już myślałam, że to nigdy nie nastąpi. Tylko niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego koszty wysyłki są wyższe niż cena samej herbaty? Tak czy siak, jak tylko wypiję zapasy z tego miesiąca i spróbuję tych chińskich zielonych, które aktualnie mam na oku (Mao Feng, Wuyuan i kilka innych) zobaczę, co też sklep ma do zaoferowania- zakupy przewiduję na lato, zatem mam dużo czasu do namysłu, ale może narrrreszcie uda mi się spróbować lodów śmietankowych z matchą…
Na koniec dodam tylko, że narrrreszcie powoli przestaje mnie dziwić zbieżność pewnych szczegółów w życiu siostrzanym- ta sama data pochodzenia najstarszego sms w telefonie, te same choroby przechodzone bądź nie w dzieciństwie, te same cukierki (pozdrowienia dla Mamy^^), etc., ale nigdy chyba nie przestanie mnie zadziwiać poziom abstrakcyjności rozmów. Po fachowej dyskusji na temat jaki właściwie kształt mają penisy i co ma do tego cebula („tam, gdzie rosną poziomki”) oraz po barszczu z uszek nie zaskoczy mnie już nic… Chociaż…
I chcę jechać na Magni do Krakowa! Jacyś chętni?
Z cyklu „Płeć według mojej matki”:
Na pulpicie tapeta z
TAKIM Riku. Moja matka przychodzi zapytać o jakiś drobiazg i rzuca okiem na monitor.
Mama: O, jaka ładna kobieta.
Ja: *zdegustowanie wyraźnie widoczne w spojrzeniu*
Mama: Co?
Ja: Czy ty naprawdę nie widzisz, że to mężczyzna?
Mama: Tak? Coś podobnego. A takie ma tipsy…
Nieważne, że ma makijaż, długie włosy, łagodne rysy, że jest okrąglutki i pulchniutki. Co jest wyznacznikiem męskiego lub kobiecego wyglądu? Tipsy lub ich brak.
Mam wrażenie, że coraz gorzej ze mną, Riku jest drugim po Karyu jrockowcem, który nawet ociekający potem po dwugodzinnym koncercie nie traci nic ze swojej atrakcyjności…
komentarze [4]Ciasteczko maślane na motylku czyli parasolka w biedronki >> sobota, 16 lutego 2008 18:42:42
Notka dzisiejsza ma dwa źródła inspiracji. Pierwszym, jak łatwo się domyślić, są wydarzenia z ostatnich dwóch dni. Drugim jest żel do mycia twarzy Garniera, który kosztuje 15.90 niezależnie od tego, czy ma 250 ml i jest tylko oczyszczający, czy ma 200 ml i jest GŁĘBOKO oczyszczający (jak rozumiem, ten pierwszy starcza na więcej oczyszczania, ale oczyszcza tylko skórę, a ten drugi nie wiem co i jak on to robi, ale jest go mniej w tej samej, niższej oczywiście cenie ==). Postanowiłam zatem iść z duchem czasu i wzorem Garniera napisać dziś trzy wersje tej samej notki, bo wiadomo- różni ludzie, różne potrzeby.
Notka pierwsza-
Do Nawłaja:
Ciasteczko maślane?
Notka druga-
Wersja skondensowana:
Weekend z Nawłajem trwa mniej więcej od środy od mniej więcej soboty minus czas potrzebny na dobudzenie niżej podpisanej oraz pozostałe odcinki X’a i zawiera w sobie ilość endorfiny wytwarzanej zazwyczaj przez miesiąc.
Notka trzecia-
Wersja exclusive, all inclusive, full wypas itd.
Pomimo początkowych trudności (katary, bakteryjne dywersje, siostrzenice, konsultacje u dr Paronia, na które oczywiście nie poszłam, kolejki, korki i w ogóle) wreszcie udało się powitać Nawłaja na dolnośląskiej ziemi z paczuszką herbaty i pewnym drobiazgiem o którym dowie się tylko kotarka prysznica, bo jest tak nieprzyzwoity i wszetecznie rozpustny, jak tylko myjka w kształcie foczki może być.
Ku mojej dzikiej radości wraz z Nawłajem przyjechał do mnie mój „Born” z kleksami zespołu (jacyś chętni do analizy grafologicznej?) i zupełnie niespodziewane dwa przemiłe drobiazgi. Pierwszym okazał się być oridżinalny germański pin z DR *^^* (podziękowania dla Sówka, muaa :* i ofiarodawczyni za pomysł trafiony w dziesiątkę :*). Drugim, kompletnie zabójczym, była parasolka w biedronki rozmiar dla trzylatka od dziewczyn- ubawiłam się maksymalnie i postanowiłam, że będę jej używać w czasie deszczu, żeby zastępowała mi małe słoneczko i zachęcała do uśmiechu, bo naprawdę jest taka, że aż się mordka śmieje ^^. Dziękuję Wam bardzo :*
Na środowym spotkaniu na dworcu skończyło się nasze, znaczy Nawłaja i moje, obcowanie ze światem, bo w środę zaszyłyśmy się u mnie w domu na degustacji herbaty, a w czwartek stan ten pozostał niezmieniony z drobnym wyjątkiem na obejrzenie brakujących odcinków X’a, o czym donoszę z niejaką dumą, bo oglądałyśmy go od mniej więcej sierpnia. I głupia jestem, że tyle czekałam, bo przecież to fantastyczna kreskóweczka jest! Pomijając, że na starość robię się jakaś miękka („trza być twardym a nie miętkim”), bo znowu się wzruszyłam, to Kakyo jest absolutnym wcieleniem seksu.
Z zaplanowanych spotkań do skutku doszło do skutku tylko to z Mors (czekolada w Waltz Cafe jest jadalna, poza tym, że przypomina rozwodniony budyń w typie Zero, za to bita śmietana jest jak Hizumi- to w związku z cellulitem- i lodami jak Karyu, a te, jak wiadomo, dobrze robią na gardło). Zapewne biednemu dziecięciu deprawatorski cyrk, jaki odstawił duet Obscene-Lustful ostatecznie zniszczy psychikę, dość powiedzieć, że na widok mleka w dzbanuszku odbiło nam już kompletnie i były „jaja jak wisienki, o la pierona”. Pomijając, że ja podobno przy Nawłaju strasznie ukesiowacieję.
W sobotę, ku rozpaczy ogólnej, nastąpiło rozstanie, nad czym boleję do tej pory, bo do marca jeszcze tyyyle czasu! A musimy się zobaczyć koniecznie, bo oczywiście znowu zostało nam do obejrzenia kilka zapomnianych drobiazgów… tylko dlaczego jakoś mnie to szczególnie nie dziwi? :D
Podsumowanie:
I nie ma chyba lepszego sposobu na relaksujący weekend niż totalny pościelowy barłóg na podłodze, jedzenie na każdej płaskiej powierzchni, buraczana grządka pod biurkiem, gadanie zamiast konstruktywnego oglądania filmów (Haru wo Daite Ita! Miałyśmy obejrzeć!) i kładzenie się o północy, żeby i tak zasnąć o czwartej…
Nawłaju- :*. I widzimy się niedługo ;).
komentarze [6]